Łapanka na Głównym

A co to się działo w czwartek 13.12.2018 r. w Zamościu?

Czyżby kolejna demonstracja KOD-u?

Zabytkowe  pojazdy wzbudzają zainteresowanie młodzieży.

Pluton zomo pozuje do zdjęcia przed kultowym ogórkiem. To nim z Lublina do Zamościa przyjechali członkowie grupy rekonstrukcyjnej. Złowieszczy głos generała Jaruzelskiego wydobywający się z głośnika informuje o wprowadzeniu stanu wojennego.

Jelcz 272 MEX nr 199 należy do Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego Lublin sp. z o.o. i został przez tą firmę odrestaurowany. Wykorzystywany jest w przejazdach okazjonalnych, letnią porą po Lublinie kursuje nawet  specjalna linia muzealna. Muszę przyznać, że autobus prezentuje się bardzo przyzwoicie.  W Zamościu przed wieloma laty jeździł wóz w podobnych barwach o numerze 81. Mieliśmy kilkanaście ogórków, które przybyły do nas na przełomie lat: 1978 i  1979, jednak ich malowanie było bardzo zróżnicowane – odsyłam do tekstu w dziale: autobusy.

No i te pojazdy obok kremowo – wiśniowych autosanów h9-35 można było zobaczyć na ulicach Zamościa w trakcie stanu wojennego, przy czym: o ile autosany były raczej monotonnie ubarwione to jelcze wyróżniały się indywidualną malaturą w odniesieniu do  każdego pojazdu.

W dniu 13.12.2018 r. odbyła się: „Rekonstrukcja 37 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w Zamościu”.

Wydarzenie objęli honorowym patronatem: prezydent Zamościa Andrzej Wnuk oraz  przewodniczący Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność” Marian Król. Organizatorami byli: Region Środkowo-Wschodni NSZZ „Solidarność”, Oddział Zamość Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność”, Miasto Zamość, Muzeum Zamojskie w Zamościu, Zamojski Dom Kultury, Liceum Plastyczne w Zamościu, Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie, Stowarzyszenie Internowanych Zamojszczyzny, poseł na Sejm RP Sławomir Zawiślak, przy czym obchody rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w Zamościu nie ograniczały się tylko do wspomnianej inscenizacji, ale ja na niej  się głównie skupię –  z uwagi na ciekawe aspekty związane pośrednio z moimi zainteresowaniami. Na Rynku Solnym odtworzono wydarzenia związane ze strajkiem rolników jakie odbyły się w Zamościu w nocy 12 na 13.12.1981 r. przedstawiając  interwencję oddziałów milicji i zomo.

Inscenizacja odbyła się na Rynku Solnym a przygotowali ją  uczniowie Lubelskiego Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego w Lublinie, grupa z Tomaszowa Lubelskiego oraz młodzież z zamojskich szkół. Nawet mi się podobała, a jestem dosyć sceptycznie nastawiony do tego typu przedstawień.

Czy może Pan mi zrobić zdjęcie z radiowozem?  Sporą sensację wśród mieszkańców wywołały  wszystkie milicyjne wozy żywcem przeniesione do Zamościa z początku lat 80 – tych ubiegłego stulecia. Podstawowym samochodem używanym w tamtym okresie przez mo  był fiat 125 p. W trakcie inscenizacji powodzeniem cieszyły się też rozpalone koksowniki, z tego powodu trudno  było je sfotografować.

Po przedstawieniu  biorący w nim udział zabytkowy już sprzęt pozował do zdjęć przed ratuszem. Zwracał uwagę Hydromil, służący do rozpędzania zgromadzeń za pomocą armatek wodnych. Oczywiście, największe emocje wywołała u mnie nie milicyjna suka, czyli nysa 522 a  czerwony jelcz co widać po ilości wykonanych zdjęć. Na zakończenie uczestników i widzów poczęstowano żołnierską grochówką z kotła. Kiedy postanowiłem posilić się gorącą strawą, autobus stał jeszcze przy budynku liceum, a uczestnicy  już się rozeszli. Gdy tylko nalano mi zupę, autobus gwałtownie ruszył –  dosłownie wystrzelił z rynku. Chcąc nagrać jego przejazd musiałem ostro biec z talerzem grochówki na skróty,  obok kościoła do ronda przy  parku miejskim,  ale dopadłem drania. Taka atrakcja nie prędko się powtórzy. Dopiero po  przejeździe ogórka mogłem spokojnie się posilić grochem. Trochę też zmarzłem, gdyż  silnie wiało – jak na prawdziwą zimę przystało.

Z własnej perspektywy niewiele mogę powiedzieć o stanie wojennym w Zamościu. Przede wszystkim odwołane zostały lekcje w szkole. Pamiętam jeżdżące po mieście kolorowe jelcze, ale szczególnie utkwił mi w głowie obrazek przedstawiający  choinkę stojącą przy straży pożarnej na ul. Przemysłowej – rozświetloną świątecznymi światełkami i pięknie udekorowaną bańkami, a pod nią zamiast prezentów: żołnierze i milicyjna suka - tak  jak na powyższym zdjęciu zrobionym na Rynku Wielkim. Uderzył we mnie wtedy ten  kontrast.

Za to mój starszy kolega podzielił się ze mną niedawno całkiem ciekawymi wspomnieniami. W czasie, kiedy Generał Jaruzelski wygłosił w telewizji swoją słynną przemowę przebywał w Poznaniu, gdzie studiował nauki ekonomiczne. Mimo, że co do zasady nie interesował się polityką – stykał się na co dzień z działalnością grup opozycyjnych. A to wpadł na spotkanie z Leszkiem Moczulskim, to znowu znajomi zaprowadzili go na jakiś tajny wykład Janusza  Onyszkiewicza – w wielkim mieście działo się sporo. W środowisku studenckim bez problemu też natknąć się było  można na wszelkiego rodzaju ulotki i konspiratorskie broszurki, które to mój znajomy zbierał z czystej ciekawości. W związku ze zbliżającymi się Świętami Bożego Narodzenia, nie chcąc pozostawiać zgromadzonych materiałów w akademiku,  postanowił przewieść je do domu –  do Zamościa. Niestety nie zmieściły się już do plecaka, więc wsadził je do dosyć sporego tekturowego pudła, jakich pełno było w tamtych czasach. W tym pudle na wierzchu zgromadzone były też inne rzeczy niezbędne w podróży, w szczególności: prowiant i ubrania a trefne materiały wydawnicze znajdowały się na jego dnie.  Takie ułożenie nie wynikało z potrzeby konspiracji, lecz  było efektem przypadku.

Przejazd odbył się w dniu 21 albo 22.12.1981 r. Znajomy oczywiście nie pamięta dokładnie szczegółów rozkładowych, ale przy wspólnej pomocy udało się  nam uściślić kilka aspektów z tym związanych. A więc wjechał do Zamościa nad ranem,  ale w dzień i przybył pociągiem bezpośrednim z Warszawy. Wszystko wskazuje, że chodzi o pociąg nr 12045 wyruszający z Warszawy Zach. o 23.30 a przyjeżdżający do Zamościa planowo o 6.56. Ten pociąg kursował tylko przez kilka dni w roku,  właśnie w okresie świątecznym. Na trasie z Poznania do Warszawy w tym okresie  dużą popularnością wśród studentów cieszył się Ekspres BEROLINA,  wyjazd 18.50, przyjazd o 23. Relacja: Paris Nord – Aachen – Berlin Ostbf- Poznań – Warszawa Wsch. Luksusowe wagony, ale częściowo dostępne w komunikacji krajowej a życie studenckie kwitło szczególnie w wagonie restauracyjnym. Był jeszcze tańszy wariant w postaci pośpiesznego: Legnica - Brześć wyruszającego z Poznania o 18.28.

Ze stolicy, oprócz wspomnianego – świątecznego  do Zamościa z godz. 23.30,  równo o północy codziennie wyruszała na Roztocze  legendarna ( kursowała przez wiele lat ) rzeźnia bełżecka, ale akurat w  rozkładzie jazdy 81/82 nie prowadziła  bezpośrednich wagonów do Hrubieszowa, które zwykle jeździły w tej relacji i były odczepiane w Zawadzie. Z tych względów, podróżni udający się do Zamościa i dalej na wschód musieli  przesiadać się  w Zawadzie do innego składu, który w Zamościu planowo meldował się o 7.59. Ten łącznik nie był jednak zbyt długi: zwykle 2 – 3 wagony serii 108 A, które kursowały wahadłowo między Hrubieszowem a Zamościem ( Zawadą ). Trzeba podkreślić, że na dobę przewidziano  tylko 3 obiegi i co ciekawe: żadne  pociągi dalekobieżne nie docierały wtedy do Hrubieszowa. Ten stan był pozostałością po zamknięciach związanych z budową linii hutniczo – siarkowej a jak budowano linię to we wcześniejszych rozkładach do Hrubieszowa jeździła tylko jedna para pociągów na dobę.

Oprócz  niedogodności w postaci przesiadki w Zawadzie rzeżnia bełżecka była jeszcze bardzo zatłoczonym pociągiem i dlatego  kolega starał się przyjechać do Zamościa  połączeniem bezpośrednim. Wspomina, że podróżował bardzo długim składem liczącym około 10 wagonów. Także musiał to być wskazany osobowy nr 12045 a prowadził go od Lublina oczywiście parowóz, prawdopodobne serii ty 2.

Podróż trochę   dłużyła się, ale  większość trasy i tak przespał,  co stanowiło niewątpliwą korzyść podróżowania nocą. Po drodze nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. W przedziałach  tłok, ale znaczna liczba wagonów umożliwiała znalezienie wygodnych miejsc siedzących.  Tuż przed wjazdem do Zamościa wyszedł z bagażami z przedziału i ustawił się na korytarzu przy drzwiach wagonu. Z uwagi na długość składu, wysiadał już poza obrębem dosyć skromnego peronu ziemnego. Jak wyznał: wyskoczył prosto na tory z 6 lub 7 wagonu za lokomotywą.

I tuż przed nim wyrosła sylwetka umundurowanego, dobrze zbudowanego mężczyzny, na oko w wieku 40 lat, który  podbiegł do niego energicznym krokiem i złapał za tekturowe pudło. Co tam macie? Ulotki? Otwierać natychmiast! Kolegę dosłownie zatkało i nie mógł dosłownie wydobyć z siebie głosu. Tymczasem żołnierz, który okazał się być kapitanem ( tak zwracali się do niego inni ) zachowywał się bardzo nieprzyjemnie i ciągle  krzyczał. Nie było żadnej dyskusji –  pudło zostało przez niego otwarte,  ale na szczęście: na wierzchu upchane były  jakieś ubrania i inne drobiazgi wykorzystywane w trakcie podróży. Trefne materiały tkwiły na dnie. Wojskowy stanowczo zażądał wysypania zawartości,  dosłownie na szyny.  My was nauczymy! Wrzeszczał  a kolega myślał już o najgorszym, gdy tymczasem: stał się cud! Z wagonu wysiadł ktoś inny  skupiając  na sobie uwagę. Jakiś facet z dużym workiem, a la Mikołaj, czy coś w tym stylu. Wydawał się być  jeszcze bardziej podejrzany niż kolega, przynajmniej w oczach kapitana. Poruczniku – wykrzyknął tamten do stojącego przy wagonie innego mundurowego. Przeprowadźcie tutaj szczegółową rewizję!  Po czym pobiegł za  człowiekiem  z workiem, który mógł być Bogu ducha winien, ale nieświadomie uratował mojemu znajomemu  skórę. Może wiózł ziemniaki a może węgiel? Tymczasem porucznik nakazał zejść z torów i udać się w kierunku budynku dworca. Kolega zauważył, że cały skład jest  szczelnie otoczony przez liczną grupę żołnierzy, którzy jednak tylko pilnowali, żeby nikt nie uciekł. Za to przy wagonach kręcili się ci ważniejsi legitymując podróżnych i rewidując ich bagaże. Wyglądało to jak łapanka z czasów II Wojny Światowej.

Porucznik kazał się zatrzymać pod ścianą dworca i położyć bagaże na ławce. No co tam macie w środku? A nic – rzeczy osobiste, które nie zmieściły mi się do bagażu, odparł znajomy. A w plecaku: co macie? Tylko ubrania. No dobrze, możecie odejść. I nawet nie zaglądał do środka. Ten człowiek  był zupełnym przeciwieństwem swojego przełożonego. Bardzo miły i spokojny, nie grzebał w zawartości a jeszcze: do widzenia powiedział na odchodne. Jednak zabrzmiało to jakoś przewrotnie  w jego ustach. Jak można się domyśleć – kumpel ulotnił się z całym inwentarzem tak szybko – jak tylko zdołał.

Kilka wniosków można wyciągnąć z tej opowieści. Po pierwsze: choćby nie wiem co się działo -  zawsze trzeba zachować stoicki spokój. Sam się wiele razy przekonałem o tym na własnej skórze. A po drugie: bohaterem można się stać całkiem przypadkowo. No bo – co by było, gdyby kolegę złapali z ulotkami? Może byśmy teraz czytali o nim w historycznych opracowaniach. Podkreśla, że zawsze stara się być apolityczny, ale jako dosyć inteligentny młody człowiek zainteresował się tymi dokumentami ze zwykłej ciekawości i można mu uwierzyć. Przytrafić się to mogło każdemu z nas. Walizka, plecak – w tamtych czasach reklamówka była dobrem luksusowym. Sam kilka razy przewoziłem różne rzeczy w tekturowych pudełkach, np. sieciowe rozkłady jazdy pociągów czy książki. A z drugiej strony – iluż to teraz mamy bohaterów, niektórzy nosili ulotki już w wieku 5 lat. Nie sposób też zauważyć, że różni byli funkcjonariusze reżimu:  jedni bardzo gorliwi, wręcz: nadgorliwi –  ale zdarzali się też i tacy, którzy olewali jak tylko było można. Słyszałem historie, że szukało się niektórych działaczy opozycji w taki sposób, żeby ich nie znaleźć, bo były by wtedy kłopoty. Jednak  to nie miejsce na takie dywagacje.

Zakończę mniej przyjemną, krótką relacją innego mojego kolegi. Wracał on mniej więcej w tym samym czasie ze studiów do domu, tylko do Zamościa przyjechał pociągiem z Warszawy po północy. Następnie, na piechotę udał się do domu i na wysokości swojego bloku – ok 1 nad ranem zaczepił go jakiś esbek wracający z akcji w cywilnym ubraniu i bez okazania żadnych dokumentów przeprowadził rewizję plecaka. Znajomy akurat wtedy był czysty, ale podczas poprzedniej wizyty –  a często przyjeżdżał na weekendy do domu,  przewoził  jakąś trefną flagę, którą ściągnął gdzieś w akcie  zupełnej bezmyślności. Na szczęście nikt go wtedy nie zaczepił, bo miał by się z pyszna. A ta osoba, która go rewidowała jeszcze przez wiele lat mieszkała obok w bloku. Świnie będą zawsze! I w każdym środowisku.

Wkrótce władza znacznie ograniczyła możliwości przemieszczania się: wprowadzono przepustki i zaświadczenia. Dodatkowo, na przedmieściach miasta zorganizowano punkty kontrolne – bramki, coś takiego działało w Płoskim, obok stacji paliw. Funkcjonariusze wchodzili na przykład do autobusów i legitymowali podróżnych. Podobne patrole funkcjonowały na większych stacjach węzłowych PKP.