Małpa układa rozkład jazdy

Czy słyszeliście o szympansicy Lucy z warszawskiego zoo , co to  jakieś pięć lat temu zaczęła grać na giełdzie ? Zabawa polegała  na tym, ze małpa wyciągnęła z beczki pięć kolorowych piłeczek oznaczonych symbolami przypisanymi do spółek z indeksu WIG 20. Tak powstał Portfel Lucy, którego zmiany wartości możemy na bieżąco śledzić na stronach internetowych Pulsu Biznesu. Pomysł jest prawie tak stary jak sama giełda papierów wartościowych. Zawody maklerzy kontra małpy   organizowane są w Ameryce  już przeszło  pięćdziesiąt lat. Co prawda w dłuższych okresach czasowych te specyficzne współzawodnictwo wygrywają fachowcy z dyplomami, ale na krótką metę szala zwycięstwa przechyla się przeważnie w kierunku nieodgadnionych sił przyrody. Zarówno dla indywidualnych drobnych ciułaczy , którzy są nie liczącymi się graczami na rynku jak i dla tych nieco większych – kwestia  zarządzanie funduszami inwestycyjnymi ma bardzo istotne znaczenie. W dzisiejszych czasach jesteśmy atakowani ze wszystkich stron przez wielu  doradców  oferujących nam różnego rodzaju oferty produktów finansowych zapewniających przeważnie w bardzo dalekiej przyszłości wysokie stopy zwrotu. O kosztach takiego doradztwa praktycznie głośno się nie mówi, a zwykle są ogromne. Pierwszym lepszym przykładem są  balcerowiczowskie fundusze emerytalne, z  których  niewiele  kasy nam urosło, a wszyscy  ponieśliśmy solidarnie lub mniej solidarnie ( ci co nie musieli się zapisać )  potężne nakłady  z tytułu  ich obsługi przez wyspecjalizowanych zarządców. A takiej małpie nie musimy płacić żadnych prowizji , opłat , odsetek itp.  Wystarczy kiść bananów, a nimi   przecież nie nakarmimy giełdowych i bankowych doradców inwestycyjnych.

Na giełdzie się nie znam ale na szczęście posiadam sprawdzonego w bojach domowego doradcę, chociaż muszę publicznie wyznać , ze czasami sam korzystam z małpiej intuicji i  wydaje mi się ,  że   powinna ona znaleźć szersze zastosowanie , również w innych dziedzinach  życia.   Na przykład w transporcie kolejowym , będącym  przedmiotem  naszych  zainteresowań. Kluczowym zagadnieniem jest rozpoznanie z jaką małpą mamy do czynienia. Są małpy mądre – jak na wstępie, ale są i bardzo tępe. Rozchodzi się o to, żeby postawić na właściwą, aby pawian nie zasłonił nam swoim czerwonym tyłkiem szympansa.

W środkach masowego przekazu od kilku dni  mamy do czynienia z sfinansowaną przez spółkę INTERCITY potężną  kampanią reklamową  ,  mającą na celu zachęcenie nas do podróżowania pociągami  po Polsce. Na reklamy wydano  kupę kasy, a ludzie jak nie jeździli tak nie jeżdżą. Ponoszenie  znacznych nakładów  na spoty telewizyjne i plakaty  nie jest racjonalne. Owszem , reklama –  dźwignią handlu , jak to ktoś mądry już dawno wymyślił, ale w pierwszej kolejności należy podjąć działania nisko kosztowe, które same w sobie zachęcą ludzi do podróżowania koleją.  Szympanisica Lucy chętnie podpowie co należy zrobić i to za darmo. Wystarczy obserwować jej zachowanie. Aktywna jest w dzień a w nocy grzecznie śpi. Z ludźmi  jak z małpami -   potrzeby mamy  zbliżone. Na przykład:  nocny wypoczynek, tymczasem kolejowi decydenci każą nam całe dnie spędzać w podróży  na pokładach  pociągów dalekobieżnych   i zgodnie z tą logiką w ciągu ostatnich kilkunastu lat wykasowali wszystkie nocne połączenia , rzekomo w celu poprawy naszego bezpieczeństwa. Faktem jest, że  owe składy  nazywało się potocznie „rzeźniami”, ale z drugiej strony trudno uogólniać, iż  w  ich wagonach działy się rzeczy straszne. Po prostu zdarzały się trasy niebezpieczne, ale wszyscy wiedzieli , gdzie można się tego złego spodziewać i zapewnienie bezpieczeństwa było kwestią głównie sprawnej organizacji pracy służb ochrony kolei, co faktycznie w naszym kraju jest zdaniem niewykonalnym. Małpę w zoo zupełnie nie interesują wszystkie   aspekty nocnego wypoczynku. Śpi sobie w klatce na legowisku, a jej spokoju pilnują strażnicy oraz monitorng. Takie same prawa powinni mieć  też obywatele naszego kraju, lecz prezesi spółek kolejowych poprzez swoich rzeczników wbijają nam ciągle do łbów, że w naszym interesie   leży  podróżowanie po kraju głownie w promieniach światła słonecznego. Prawda jest jednak tak, że służy ono głównie zapewnieniu świętego spokoju tymże decydentom, bowiem nie muszą się martwić o nas ani ponosić kosztów ochrony. Oczywiście funkcjonariusze straży ochrony kolei  po zmroku  też mają święty spokój i mogą  spokojnie się wysypiać po komisariatach i różnych  kanciapach. W dzień podróżni sami się przypilnują a sprzyjać ma temu specyfika konstrukcji wnętrz nowo modernizowanych wagonów INTERCITY , zgodnie z którą owe wagony pozbawione zostały przedziałów. Łatwiej wszystko ogarnąć wzrokiem, posprzątać , ewentualnie mniej kamer do instalacji – same pozytywy. Tylko w wagonach  1 klasy pozostawiono przedziały : zamknięte pomieszczenia mieszczące do sześciu podróżnych – definicja dla potomnych. Istny paradoks, bowiem w jedynkach podróżują przeważnie kolejarze, którzy nam podróżnym    do znudzenia tłumaczą,  że przejazd w wagonach bezprzedziałowych jest znacznie wygodniejszy, po czym  wsadzają swe tyłki  do przedziałów pierwszej klasy, co notorycznie obserwuje w KOSSAKU i ŚWIATOWIDZIE. Pachnie mi to znieczulicą społeczną.

Z nocnymi pociągami jak z dinozaurami, które wyginęły bardzo dawno, ale ponoć gdzieś w niedostępnych podmokłych amazońskich lasach uchowały  się ich nieliczne , reliktowe siedliska. Otóż po  Polsce kursują jeszcze  prawdziwe rzeźnie jak na przykład TLK KARKONOSZE rel. Szklarska Poręba – Lublin odkryta całkiem przypadkiem niedawno przez moją ciotkę. Może nie było to wydarzenie na wagę złota , ale na wagę jednego dnia urlopu a w dzisiejszej dobie jest to korzyść bardzo cenna i wymierna.  Prezesi kolejowych spółek oczywiście tego nie są w stanie zrozumieć, bowiem regularnie i cyklicznie wyjeżdżają a to na narty a to na rafy koralowe tudzież safari i dlatego pojedyńczy dzień wolnego do szczęścia im nie jest potrzebny. Ciotce się przydał , więc  zamiast zachowywać się jak standardowy pasażer i korzystać z połączeń dziennych typu  IC  ŚWIATOWID z kilkoma przesiadkami po drodze, zamarzyła  jej się   nocna   podróż z Gliwic do Zamościa z jedną przesiadką w Lublinie. Powiedzieć by można, że kobiety bywają nieobliczalne, jednak prawda jest banalna.  Wyjazd w porze dziennej wiązał się z koniecznością wzięcia urlopu w piątek, natomiast przejazd  porą nocną takich wyrzeczeń już nie wymagał. Ale coś za coś.  Punktualnie o 2 nad ranem ciotka z obstawą  pojawia się na gliwickim dworcu, który o tej porze wprawia w osłupienie. Budynek zamknięty na cztery spusty, poczekalnie nieczynna , ani żywej duszy oprócz ich trzech. Oczywiście jakiejkolwiek ochrony ani SOKistów także nie widać. Przemieszczają się  przejściem podziemnym w stronę wejścia na perony. Pierwszego żywego człowieka napotykają na schodach prowadzących w górę. Na  początku myślały, że duch, bo się kiwał, ale było jeszcze gorzej:  żywa bramka. W połowie drogi ,  na środku przejścia balansował tęgi facet, będący wyraźnie pod wpływem alkoholu. Chwila konsternacji i jako pierwsza decyduje się piąć w górę moja cioteczna siostra. Ty pojedziesz…, mruczy pod nosem tęgi jegomość podczas gdy ona  wymija go w pośpiechu. Za nią prędką zasuwa jej córka będąca w sumie jeszcze małym dzieckiem. Ty pojedziesz , powtarza to samo facet. Peleton zamyka ciotka, która  natrafia jednak na brak akceptacji. Ty nie pojedziesz, grubas zdecydowanym , aczkolwiek chwiejnym ruchem ciała  tamuje jej drogę.  Jak ona w lewo, to on w lewo. Jak ona w prawo to on tak samo. Jego długie łapska niczym ramiona semafora kształtowego pokazują sygnał: „stój”! Ty nie pojedziesz, powtarza -  za stara jesteś. Mijają minuty a facet nie daje za wygraną. Odrażający drab! Dziewczyny na górze wyraźnie zdenerwowane bo zbliża się pora przyjazdu pociągu. Nie ma już czasu  dzwonić na policje, w końcu ciotka decyduje się. Może zostanę ranna, ale  pociągiem pojadę – krzyczy do tych na górze. Na szczęście w przejściu pojawiają się inni ludzie. Kobiety zaczynają wtenczas wrzeszczeć na tłuściocha używając przy tym wyrażeń całkiem niecenzuralnych. Peronowy wykidajło z tego krzyku potyka się na stopniach dzięki czemu ciotka sprawnie przebiega w górę. Strat materialnych brak , są tylko moralne ale rekompensuje je widok nadjeżdżającego składu. Lekko oszołomiony krzykiem  pijak odzyskuje tymczasem siły witalne i przystępuje do odprawy kolejnych podróżnych. Na schody wchodzi chłopak z dziewczyną. Ty pojedziesz krzyczy grubas do kobiety gdy ta przechodzi ocierając się o niego. Ty nie pojedziesz – grodzi przejście towarzyszącemu jej mężczyźnie. Pociąg już stoi kiedy dochodzi między nimi do szamotaniny, ale na szczęście podróżny po odepchnięciu bramkarza w ostatniej chwili wskakuje do wagonu.

Po wejściu do wagonów moje turystki wpadają w osłupienie. Jeszcze takim pociągiem nie jechałam, relacjonowała mi po wszystkim ciotka. W dobrych czasach wiele razy przemieszczała się pomiędzy Śląskiem a Zamojszczyzną starą poczciwą rzeźnią kędzierzyńską, która potem awansowała do rangi  rzeźni wrocławskiej, by ostatecznie zostać zlikwidowaną  – będzie z dziesięć lat wstecz. Pytam:  czy był tłok? Nie było. Ludzie jechali ale wolne miejsca czekały na nas. Pytam: czy siedziały w  przedziale? Uzyskuję odpowiedź, że tak. Naprawdę – dopytuje podejrzliwie. Oczywiście,  odpowiadają. Tyle, że w takim dużym:  pięćdziesiąt siedzeń  w nim było, a może więcej… Aha, rozumiem . No wiesz , mówi ciotka : to taka koza była – wszyscy w kupie. A siedzenia wygodne? A gdzie tam , bardzo twarde. Poduszki by się z domu przydały. Ławki na dodatek ciasne i wszystkie gnaty nas teraz bolą. Krzesła raczej dla  niskich ludzi – dobre dla chińczyków! Jeszcze w trakcie podróży , nad ranem dzwoni do mnie telefon. Dziewczyny spanikowane, że wsiadły nie w ten pociąg co trzeba bo stoją w Warszawie. Pytają się czy wysiadać. Odpowiadam, że siedzieć na tyłkach i nie ruszać się. Ale czy nie jedziemy pod prąd? Nie ruszać się mówię  – nie zboczyliście! Pociąg ze Śląska  jedzie CMK do Warszawy skąd dopiero kieruje się do Lublina. Osobom rzadko  podróżującym koleją zapewne to nie przeszkadza, ale wśród doświadczonych traperów  może wzbudzić niepokój. Mniejsza o to, żaden problem, bo przemieszczamy   się jak na polskie warunki całkiem szybko. Mam ważniejsze problemy na głowie – niepokoiła mnie  pięciominutowa przesiadka w Lublinie  na REGIO KASZTELAN do Zamościa. Czy się wyrobią? Zakładałem, że dadzą radę , ale czy pociąg się nie opóźni – oto jest pytanie. Okazało się, że moje pojęcie o  przesiadaniu się z pociągu na pociąg  jest   wypaczone.   Mam przed oczami przesiadki w Zamościu albo w Zawadzie , gdzie jest tylko jeden peron i składy zatrzymywały się zawsze drzwi w drzwi.   Prowincjonalizm ze mnie wyłazi. Chociaż na przykład znajomy naszego stałego czytelnika Kamila podróżował kiedyś ze Szwajcarii do Polski przez Reich. Jego niepokój wzbudziły gigantyczne rozmiary niemieckiego dworca kolejowego, które w warunkach polskich mogły by skutecznie utrudniać przemieszczanie się pomiędzy dwoma pociągami. Okazało się jednak, że  pomimo rozbudowanej infrastruktury pociągi kolei szwajcarskich i niemieckich stały na tym samym peronie : „door to door”. Tymczasem z tego co słyszę w Lublinie  zaczęto  wyłamywać się od tej niezwykle prostej i praktycznej zasady. Dzieje się tak od czasu wybudowania nowego peronu przeznaczonego do obsługi szynobusów kursujących do Lubartowa i Zamościa  a znajdującego się we wschodnim krańcu stacji, w znacznej odległości od poczekalni i peronów przy których zatrzymują się  pociągi dalekobieżne. Przyznam się, że sam nie wiem jeszcze jak to wygląda, bowiem  na głównym dosyć dawno byłem ale opowieści niektórych dalekobieżnych  podróżnych  już od pewnego czasu zaczęły mrozić krew w mych żyłach. Z tych względów w ubiegłą sobotę siedziałem w domu niespokojny , słusznie spodziewając się  , że moich gości spotkają pewne komplikacje   przesiadkowe.  Coś wisiało w powietrzu ale mimo tego  w najczarniejszych snach nie zakładałem nawet , iż podróż koleją zakończy się w ich przypadku  w stolicy województwa lubelskiego. Instruowałem telefonicznie, żeby zachowali spokój podczas przesiadania, że nie muszą się śpieszyć, tylko wykonać tę czynność w miarę energicznie i bez zbędnej zwłoki. Wszystko na próżno,  a na dodatek wprowadziłem ich w błąd, ponieważ śpieszyć się należało i to wyjątkowo. Przede wszystkim mieli cholernego pecha, ponieważ pociąg TLK , którym przemieszczali się  do Lublina przyjechał….punktualnie. Zwarzywszy na obecnie panujące trendy jest to wyjątkowo niekorzystny zbieg okoliczności. Zgodnie z moimi wskazówkami kierownik pociągu INTERCITY poinformowany został o tym, że w składzie podróżuje grupa ludzi udających się w dalszą podróż do Zamościa ,   pokazane zostały nawet bilety przed zakończeniem podróży. Wszystko na próżno, bowiem jak wspomniałem pociąg przyjechał punktualnie. Telefoniczne zgłoszenie przesiadki do drugiego pociągu obowiązuje na PKP  tylko wtedy, kiedy dany pociąg się opóźni, natomiast jak jedzie punktualnie to drużyna może tylko bezradnie rozłożyć ręce, ponieważ takich przypadków nie ma opisanych w instrukcji. Mimo wszystko kierownik pociągu INTERCITY obiecał, że coś postara się wykombinować. Gońcie szybko ,  może zdążycie – szczerze doradził im na pożegnanie. No i zaczął się maraton, w którym startować mogłyby  z powodzeniem nawet rasowe gibbony białorękie z zamojskiego zoo. Okazało się, że chętnych na przesiadką było kilku. Starszy mężczyzna z ciężką walizką wyskoczył z pociągu i krzyknął : za mną – wiem gdzie stoi. Grupa osób zaczęła szybko biec po peronie, następnie po schodach w dół to tunelu, potem w prawo długa prosta i po schodach w górę. Przewodnik wskazał stojący w oddali szynobus. Wszyscy zaczęli lecieć  w jego kierunku, ale w pewnym momencie prowadzący się potknął i przewrócił. Walizka o mało co nie skosiła biegnącą  za nim moją cioteczną siostrę.  Ludzie – pomocy, błagał gdy tymczasem wszyscy go omijali w biegu. Trudno, pomyślała moja ciotka, może przynajmniej ja zdążę na pociąg. Przez chwilę zapomniała nawet o swoich bliskich, jak  się potem przyznała. We wszystkich uczestnikach przesiadki wyzwoliło się  dziwne współzawodnictwo, coś na kształt wyścigu szczurów. Jeden nie patrzył na drugiego, tylko jeszcze po plecach mu deptał. Co ta kolej z ludzi zrobiła? W głowie się nie mieści!  Niestety , wyniki w biegu na 100 metrów ( ostatnia prosta ) wszyscy mieli kiepskie. Skakanie z tobołami po schodach też bez rewelacji. Z czym oni do ludzi, tj. chciałem powiedzieć: do….kolejarzy. Skład odjechał wszystkim dosłownie przed nosami. To chyba kara za brak reakcji na krzywdę bliźniego, tłumaczyli się potem moi goście w Zamościu. Trzeba przyznać, że takie ekstremalne sytuacje tłamszą nieraz nasze człowieczeństwo i stajemy się podobni do zwierząt walczących o przetrwanie.

Przesiadkowicze nie dali za wygraną, bez żadnych moich instrukcji udali się grupowo do kasy biletowej gdzie każdemu zwrócono grzecznie  kwotę odpowiadającą opłacie za przejazd na odcinku z Lublina do Zamościa, po potrąceniu opłaty manipulacyjnej w wysokości 2 zł. od łepka. No cóż, mogli intensywniej  ćwiczyć na WFie, jak planowali w przyszłości jeździć polskimi pociągami. Moja rodzina taksówką przemieściła się na dworzec autobusowej skąd busem przybyła  do Zamościa jeszcze przed przyjazdem śpieszącego się bardzo tego dnia feralnego szynobusu. Nie wzruszył nawet specjalnie ich ten incydent , za to ja wkurzyłem się niemiłosiernie. Jakaż to małpa musiała ułożyć taki rozkład jazdy , w którym pozostawia się na przesiadki w Lublinie raptem pięć minut, podczas gdy obsługa pociągu na przemieszczenie się z jednego końca autobusu szynowego do drugiego na stacjach węzłowych w Rejowcu i Zawadzie ma do dyspozycji  tych minut aż siedem? Oni to już nie muszą biegać? Podobno w Anglii takie zmiany czoła robi się poniżej minuty, a w Polsce hodują tych tłuściochów z brzuchami, tylko o naszą kondycje dbają.  Po stacjach latać trzeba, do pociągu nie chcą wpuszczać , w WARSIe porcje jak w obozach koncentracyjnych…Co to się porobiło z ta nasza koleją?

Dowiedziałem się, że przy konstrukcji rozkładów jazdy pracują całe rzesze specjalistów zarówno z PKP jak i z wszelkiego rodzaju firm doradczych. Wielu z tych doradców posiada stopnie i tytuły naukowe, poprawiają , uzgadniają  a ostatecznie efektem ich „ciężkiej” pracy są czasami takie  głupie małpie przesiadki w Lublinie. Jest ich znacznie więcej, właśnie szczególnie w kierunku na południe Polski. Przykładowo można sobie z Krakowa wrócić JAGIEŁŁĄ do Lublina i dalej do Zamościa zamiast ŚWIATOWIDEM bezpośrednio do Zamościa przez Rzeszów , bo w przypadku tego pierwszego mamy  późniejszą godzinę wyjazdu oraz szybszy sumaryczny czas przejazdu, ale właśnie w Lublinie czeka na nas… małpa.   Żeby chociaż świnie kto podłożył, a to standardowa  pięciominutówka na przemieszczenie się do zamojskiego szynobusu. Kiedyś w szkole robili mi takie szybkie sprawdziany, koszmar. Po 20 trudno już liczyć na alternatywną komunikację drogową , do dyspozycji mamy już tylko niepewne połączenia przelotowe z Warszawy. Zatem podróżowanie zestawem : JAGIEŁŁO/MAGNAT jest  ryzykowne i niebezpieczne , aczkolwiek jak byk przewidziane w rozkładzie jazdy. A to jest najważniejsze bo  wywołuje zadowolenie wśród kierownictwa spółek kolejowych, bowiem na papierze wygląda bardzo ładnie , pochwalić przed marszałkiem się można itp. Jestem prawie przekonany, że małpa , która je wymyśliła wzięła za swój pomysł kupę szmalu. Skupiając się na rozkładach jazdy należy podkreślić, że wyszukiwarki internetowe wypluwają nieraz całkiem „fajne” pomysły radosnej naukowej twórczości. Przykładowo, w propozycji przejazdu  z Zamościa do Gliwic nie wyskakuje wcale nasz poczciwy KOSSAK, a jest taka możliwość z przesiadką w Krakowie i Katowicach do pociągu Kolei Śląskich. W sumie to bardzo dobrze, że wyszukiwarka tego nie wyrzuca, bowiem wyjeżdżając z Zamościa o 5.33 do Lublina, przyj. 7.43 , o 9.10 mamy stąd bezpośredni TLK, którym do Gliwic dotrzemy o godzinę szybciej niż jechalibyśmy KOSSAKIEM! Ciotce szczególnie do gustu przypadł długi czas oczekiwania na pociąg w Lublinie – o to na pewno zdążymy! Wydawać by się mogło, że tak wygląda życiowa mądrość bijąca z rozkładów mająca na celu dobro pasażera i troskę o najszybszy czas przejazdu. A gdzie tam! Podejrzewam, że chodzi o to, żeby zniechęcić ludzi do Kolei Ślaskich, albo komputer się pomylił…Też tak może być. Wyszukiwarka za to wskazuje na całkiem abstrakcyjne połączenie na trasie Zamość – Gliwice , specjalnie dla nocnych Marków : „wspomnienie dawnych rzeźni” . Specyficzny MIX zawierający w sobie coś z pociągu  nocnego bo z wyjazdem  z Zamościa o 19.03 , a dalej odpowiednio z : czteroma, pięcioma i aż sześcioma przesiadkami . Przy czym do celu podróży dojeżdżamy już według współczesnych standardów w porze dziennej.

Pierwszym etapem podróży jest oczywiście stacja w  Lublinie dokąd przybywamy  o 21.14. Dalej mamy bardzo szerokie możliwości wyboru.

Wariant I: Lublin odj. 22.40, Dęblin przyj. 23.53, odj. 3.53 , Warszawa Wsch przyj. 6.01,   odj. 6.28, Katowice przyj. 9.23, odj. 9.42, Gliwice przyj. 10.14.

Wariant II: Lublin odj. 22.40, Dęblin przyj. 23.53, odj. 3.53, Skierniewice przyj. 7.49, odj. 8.14, Koluszki przyj. 9.00, odj. 9.18, Katowice przyj. 11.51, odj. 12.14, Gliwice przyj. 12.46.

Wariant III: Lublin odj. 22.40, Dęblin przyj. 23.53, odj. 4.08, Radom przyj. 5.04, odj. 5.14, Skarżysko Kam. 5.56, odj. 6.04, Sędziszów przyj. 7.46, odj. 8.43 , Katowice przyj. 11.30, odj. 12.14, Gliwice przyj. 12.46.

No w zasadzie do Dęblina to się też pokrywa – teraz dopiero zauważyłem. Skomplikowane to strasznie. Czterogodzinny pobyt na dworcu w Dęblinie w środku nocy musi być bardzo ekscytującym przeżyciem. Kochani, żadna małpa  nie byłaby w stanie lepiej tego wymyślić. Podejrzewacie pewnie, że to  komputer chce być już mądrzejszy od człowieka? Akurat –  specjalnie tak skalkulowano , żeby tabele rozkładowe sprawiały wrażenie ogromnej  obfitości. To zabieg marketingowy kolejowych doradców. Rozkład musi ładnie wyglądać , a ludzie przecież nie będą tacy głupi , żeby  po nocy tłuc się pociągami przez pól Polski. No chyba, że trafią się tacy jak ci moi ostatnio.  Zaiste, dziwne rzeczy dzieją się teraz na kolei. Może więc warto sięgnąć po sprawdzonych fachowców. Dajmy na to taka … Lucy. Ma wpisane do CV zarządzanie finansami, a na dodatek całkiem nieźle jej to idzie. Z danych Pulsu Biznesu wynika, że po miesiącu zarobiła: + 7,87 %, chociaż po roku  odnotowała stratę w wysokości: – 13,54 %, ale po trzech latach już tylko: – 15,43 %. Nie jest źle, gdyż w  długim okresie , tj. 5 lat strata  została zniwelowana do: -4,45 %. Takich fachowców potrzeba nam na kolei. Rewolucje  nie są wskazane, kolej ma swoją specyfikę. Należy spokojnie pchać  wózki torowe bacząc na zachowanie dotychczasowego stanu zadłużenia, posiadania, zatrudnienia etc . Widzę świetne kompetencje umożliwiające  aplikacje  na wysokie stanowiska kierownicze. No a  przede wszystkim :   PKP , więc  musi być ….bankomat!