Kostucha i tender

Niech pani nie lamentuje tak bardzo! Zaraz ruszymy, odparł konduktor zamykając energicznie okno, tuż obok mojego siedzenia. Trzeba było jechać autobusem, skoro się tak pani śpieszy! Gdy tylko znikł mi z pola widzenia, podniosłem się i ostrożnie otworzyłem okno. Utknąłem w Zawadzie w poć. osobowym relacji Zamość – Lublin. Pora zimowa, być może luty 1987 r, chociaż klimat przypominający raczej przedwiośnie.  Pociąg, którym jechałem wyruszył planowo z Zamościa o godz. 7.20, lecz  w Zawadzie miał dłuższy postój z powodu zmiany kierunku jazdy oraz krzyżowania z nocnym osobowym rel. Warszawa Zach. – Bełżec/Hrubieszów. I właśnie przez opóźnienie tej rzeźni postój wydłużał się z powodu zajętości szlaku do Rejowca.

Czy może mi ktoś zagwarantować, że o 9 będziemy w Krasnymstawie, lamentowała niestrudzenie pasażerka siedząca na ławce, tuż obok mnie, po drugiej stronie przejścia. Był to wagon bezprzedziałowy drugiej klasy, a mój pociąg zestawiony był w większości z tego typu wagonów, potocznie nazywanych bonanzami. Było ich pięć, sześć a może nawet siedem – dokładnie nie pamiętam. Na pewno w Zamościu zająłem miejsce w pierwszym wagonie tuż za lokomotywą. Siedziałem w środkowej części bonanzy, a w pierwszej części wagonu, znajdującej się bezpośrednio za parowozem zlokalizowany był tzw. przedział służbowy, niedostępny dla podróżnych. To właśnie w nim rezydował kierownik pociągu, który podczas postoju w Zawadzie  ciągle gdzieś wychodził a potem wchodził i w tym czasie, kiedy tylko przechodził obok mnie, bez słowa podchodził i zamykał mi okno, przez które z kolei ja ciągle wyglądałem obserwując życie na stacji. Kiedy tylko znikał z pola widzenia, ja wstawałem z siedzenia i znowu otwierałem okno. Wkurzał mnie! Ani się odezwać, bo to przecież: pan i władca. Tak bez słowa podchodził i zamykał, wyjątkowo namolny osobnik.

Po zmianie kierunku jazdy mój pierwszy wagon stał się ostatnim, lecz przedział służbowy pozostał bez zmian. Pociąg nie ruszał, w wagonie jak w piekle. Palacz od Zamościa nie żałował pary, która wydobywała się nierównomiernie z różnych przewodów zlokalizowanych przy podłodze, a także wypełniała częściowo  wnętrze dostając się do środka różnymi otworami, w tym: przez otwarte okna. To być może tłumaczyło zdecydowane zachowanie kolejarza, chociaż specyficzny zapach w tamtych czasach nikomu nie powinien przeszkadzać. Syczało, to znów w rurach dmuchało, ale i tak najgorszy był jęk marudnej baby, sąsiadki, która okrutnie narzekała, że pociąg tak długo stoi w Zawadzie, jakby w tamtym czasie była to nie wiadomo jaka egzotyka, a nie chleb powszedni. W wagonie sporo podróżnych, ale nastrój  przygnębiający. Ktoś tam jechał na pogrzeb, a z kolei ktoś inny wracał z wesela. Moja sąsiadka ciągle gadała i to właściwie nie wiadomo do kogo, bo ja stałem ciągle w oknie, a tylko chwilowo siadałem, w czasie kiedy było one urzędowo zamykane. Nie słuchałem wtedy tych głupot, ale grzecznościowo kiwałem głową. Sensem jej monologu było odnalezienie przyczyn trwającego postoju. Czego nie można jechać? No bo jedzie pociąg z przeciwka, odpowiedziałem. A czego on nie stanął, tylko my stoimy? A tego to już nie wiem. No i podnosiłem się  do okna. I żadnych ludzkich odruchów z mojej strony więcej już nie było.

Mnie pasował ten postój, doskonałe pole do obserwacji. Wokół maleńkiego, drewnianego budynku dworca pokaźna  ekipa oczekujących. Po chili jakiś bełkot przez megafon i tych ludzi jeszcze przybywa. Wysiadają z wagonów mojego pociągu. Na prowizorycznym peronie gęstnieje okazały tłumek, A rzeźni warszawskiej nie widać. Wychylam się głęboko przez okno i w oddali słyszę w końcu parowóz. Jeszcze go nie widzę, ale po chwili wytacza się spod wiaduktu ciemna sylwetka, dobrze mi znana. Zmierza z impetem w moim kierunku, ale widać tylko sam korpus ty2, ozdobiony charakterystycznymi wiatrownicami i pozbawiony jakichkolwiek emblematów charakterystycznych dla trakcji parowej. Ani dymku, ani mgiełki, pojazd czysty, lśniący – niczym zdjęty z cokołu! A pruje jak szalony. Stukot wagonów coraz donośniejszy. W końcu, z ogromnym jazgotem przetacza się pod moim oknem, lecz pędzi tak daleko, że aż tracę go z widoku. Za nim wagony, jeden za drugim, głównie przedziałowe. Długaśny ten skład. Na pewno dłuższy od mojego. Pasażerowie na korytarzach stoją. Można powiedzieć, że pociąg przeładowany. Niemiłosierny szczęk hamulców i brutto staje. Ale nie robi się netto, tylko jeszcze bardziej ubruttawia. Niektórzy podróżni wsiadają z mojej strony. Aż dziw, że nikogo z oczekujących nie rozjechał, nie wciągnął pod koła. Należy pamiętać, że prowizoryczne perony w Zawadzie były bardzo wąskie. Dlatego ludzie w większości przed pociągiem czuli respekt, podczas wjazdu cofali się w tył, w kierunku budynku dworca zeskakując na tor bezpośrednio do niego przylegający, lecz traktowany głównie jako odstawczy.  Byli jednak tacy, którzy stali na wąziutkim peronie dosłownie przytulając się do mojego składu. Nocny z Warszawy wjechał na tor główny nr 1, a mój pociąg stał na sąsiednim torze, obecnie zlikwidowanym ( w jego miejscu w 2004 r. wybudowany został peron wyspowy ). W tamtych czasach pomiędzy obydwoma torami był tylko prowizoryczny, ledwo utwardzony, bardzo wąski plac, którego według współczesnych kryteriów ciężko  byłoby zakwalifikować jako budowlę służącą odprawie pasażerskiej.

Wkrótce poczułem lekkie szarpnięcie i nasz wagon został wprowadzony w ruch. Opuszczamy stacje, najpierw powoli ale już na rozjazdach, na północnej głowicy zatelepało pokładem solidnie. Mkniemy na północ, a widok za oknami zasnuwa gęsty, czarny dym. Słynnej szwedzkiej aktywistki klimatycznej  nie było jeszcze nawet na świecie ,  przewracałaby się w jajnikach, gdyby jej matka siedziała z tyłu, obok mnie. Nawet gadatliwa pasażerka z wrażenia milknie, ale gdy tylko się rozpędzamy i dymu zaczyna ubywać – wznawia  swoją audycję poświęconą krytyce ówczesnego kolejnictwa. Stukot kół mnie usypia a tu jakieś porównania do: przed wojną. Kobita z wyglądu faktycznie jakby starej daty. Ciężar gatunkowy jej wypowiedzi skłaniał mnie do wysunięcia hipotezy,  iż musi to być jakaś nawiedzona zamojska nauczycielka. Po chwili okazało się, iż faktycznie naucza czegoś tam, ale nie w Zamościu, na szczęście – bo jeszcze mnie by mogła uczyć!

Na przystanku w Złojcu otwieram okno w celu uwolnienia się od filozoficznych przemyśleń ciała pedagogicznego. Nic specjalnego nie widać,  wsiadło kilka osób i ruszamy. Jeszcze tyle kilometrów do Krasnegostawu, więc  pora się przemieścić, pomyślałem. Moją uwagę jednak przykuwa naprawdę ogromna ilość ptaków drapieżnych czatujących na rozstawionych płotkach przeciwśniegowych oraz na przytorowych krzakach. Błotniaki, jastrzębie i myszołowy wlatywały leniwie w powietrze na widok kopcącego parowozu. Solidna ptaszarnia! Wyraźnie przeszkadzamy im w czatowaniu, ale może pomagamy w polowaniu bo spod kół umyka spora liczba zajęcy i bażantów, jak i pewnie mniejszego stworzenia, którego nawet nie zauważyłem.

A tu pociąg zaczyna gwałtownie hamować! Pomyślałem, ze nie podany semafor wjazdowy do stacji Ruskie Piaski. Stajemy w polu, ponoć ktoś zaciągnął hamulec bezpieczeństwa. Otwieram okno i widzę, że wzdłuż wagonów od czoła pociągu idą jacyś ludzie. Z tyłu składu wyskakuje konduktor z jakimś jeszcze kolejarzem. Starszy facet  wewnątrz wagonu krzyczy, że pociąg chyba kogoś przejechał. Ludzie zaczynają wychodzić z wagonów, przy torach robi się zbiegowisko. W oddali, na wysokości końca pociągu, lecz w pewnej odległości od torowiska  widzę leżącą na ziemi kobietę w chustce na głowie, a obok niej jakieś siatki. Dookoła gromadzą się ludzie, bo prowadzi tam ścieżka biegnąca równolegle do kolejowego szlaku. Tuż obok leżącego na ziemi ciała spore zbiegowisko. W dalszym  planie widzę obok torów coś   posadowionego  na ziemi, jakby  tender od parowozu.

Stoję w oknie i z góry obserwuję całą sytuację. Gadatliwa pasażerka staje obok mnie i oczywiście wszystko wie najlepiej. Jej zdaniem oczywiście kobieta wpadła pod pociąg. Tymczasem podchodzący do wagonu ludzie twierdzą, że tylko zasłabła jak szła ścieżką obok torów. Nieprawda: parowóz ją potrącił! Wrzeszczy. Tłumaczymy, że leży za daleko od pociągu, nie pomaga. Musiało ją do góry wyrzucić! Widać, że nauczycielka. Byłoby niezłe salto, w wagonie śmiech. Nie znacie się ! W wagonie mówi się, że kolejarze próbują nawiązać łączność ze stacją kolejową przed którą stoimy, żeby stamtąd zadzwonili po pogotowie ratunkowe. Pociąg z kolei nie może ruszyć, ponieważ spora grupa pasażerów znajduje się na zewnątrz. Do przedsionka konduktorskiego znajdującego się w moim wagonie przychodzi nawet mechanik prowadzący parowóz, który potwierdza, że o żadnym przejechaniu nie ma mowy. Drużyna lokomotywy podczas przejazdu zauważyła leżące na ścieżce przy torach ciało i zatrzymała pociąg celem wyjaśnienia sprawy. Ponoć stało to się całkiem przypadkowo, ponieważ jechali kolejarze nie znający szlaku i zaintrygował ich złom rozrzucony obok toru. Zaczęli się temu przyglądać i dostrzegli, że tuż obok, na ścieżce ktoś leży, jak nieżywy.

Pojawiła się informacja, że  ktoś bezpośrednio pobiegł na stację żeby zawiadomić o incydencie i musimy czekać na przyjazd karetki. Podróżni nieśpiesznie powracają do składu. Wewnątrz wagonów wrze: wylew, zawał, morderstwo – „eksperci medycyny” spierają się , a pociąg ciągle stoi.  Moja znajoma natomiast przypomina sobie, że o tej porze miała być  w Krasnymstawie, bo przecież właśnie punkt dziewiąta. Jechać, jechać, krzyczy do kierownika pociągu. To nie taksówka, ten jej odpowiada. Ale miałam być o 9! To się pani spóźni! Co za maniery, na woźnicę się nadaje, zwraca się do mnie, ale zamykam okno i przenoszę się do pierwszego wagonu za lokomotywą. Uff, zupełnie inna atmosfera i jakby czyściej. Mniej ludzi i pociąg po chwili leniwie rusza. Karetki jednak nie widać…

Pamiętam dokładnie: 31.03.1994 r, wracałem z Warszawy pociągiem  nocnym nr 12121/22121. Wyjazd z Warszawy Zach o 0.20, w Zamościu  planowo o 7.33. Nie lubiłem akurat tego nocnego połączenia, ale , że  w okresie  przedświątecznym  musiałem coś załatwiać na uczelni ( seminarium ze statystyki ),  kiblowałem  w Warszawie i nie byłem w stanie wyruszyć wcześniej. Podróż się bardzo dłużyła, jeszcze opóźnienie doszło w Rejowcu i szlag mnie trafiał po drodze. W Ruskich Piaskach byłem już całkiem ugotowany i przypomniałem sobie wcześniejszą historię, co utrzymało mnie przy życiu w dalszej jeździe. Gdy tylko opuściliśmy  stację otworzyłem okno, żeby odnaleźć to miejsce, w którym pociąg wtedy stanął. Okolica jednak zmieniła się czy ja już nie pamiętałem, no i zaraz jakaś baba zaczęła dokuczać, że wieje. Mignął mi już  po zamknięciu okna ten samotny tender, który bardzo mnie zaintrygował  i od razu wiedziałem co będę robił po południu.

Z Zamościa wyruszyłem o godz. 16.04 pociągiem nr 20222 jadącym do Warszawy Zach. Był to pociąg ROZTOCZE, który aż do Lublina jechał jako osobowy zatrzymując się na każdej stacji. Dalej jako pośpieszny do Warszawy Zach. przyjeżdżał planowo o 22.10. Na odcinku Zamość – Zawada skład: BAB prowadziła lokomotywa serii SP32. W Bełżcu wjeżdżamy na tor 4 i po chwili na torze 1 z piskiem hamuje bliźniaczy skład: SP#@ + BAB z Bełżca. Po chwili ruszamy w kierunku Szczebrzeszyna, mijamy nastawnię wykonawczą i zatrzymujemy się na zachodniej głowicy stacji. Następnie odkurzacz pcha nasze wagony po torze 1 aż do wysokości prowizorycznego peronu, gdzie doczepiają nas do końca pociągu z Bełżca. Przetoki przebiegają bardzo sprawnie, sam zaś postój łącznie dwadzieścia minut. Skład nie jest zatłoczony, w bełżeckiej części jeszcze luźniej. Po wagonach krzątają się pomarańczowi: ustawiacze i rewidenci oraz granatowi: kierownik i konduktorzy. Przed niewielkim budyneczkiem drewnianego dworca też spora załoga: wyjeżdżający, odprowadzający oraz gromadka dzieciarni na rowerach. Z Zawady planowo ruszamy o 16.34, sześciowagonowy skład prowadzi jeden odkurzacz ( SP32) i doskonale sobie z tym daje radę. Gwałtowne hamowanie tylko na wysokości rozjazdów na nieczynnym posterunku odgałęźnym: Kolonia, który jest typowym pomarańczowym blaszakiem jakie powszechnie stawiano podczas budowy linii hutniczo – siarkowej. Jeszcze tylko mijamy Złojec i już po chwili lokalizuje opuszczony w polu tender – cel mojej wizyty. Podróż taka przyjemna, ze aż dosłownie szkoda wysiadać na stacji Ruskie Piaski, szczególnie, ze w Rejowcu zostaną jeszcze doczepione 3 wagony Chełma, także na tłok się nie zanosi.

Na stacji Ruskie Piaski stoi skład towarowy zestawiony z gagarina oraz 30 wagonów serii Gags. Zapewne będzie ruszał, ponieważ zwolniliśmy szlak w stronę zawady. Biegnę szybko wzdłuż torów w kierunku czoła pociągu. Prowadzi go flagowa zamojska jednostka nr ST44-350. Zaiste wahadło startuje z impetem pozostawiając za sobą kłęby czarnego mazutu, niczym parowóz.

Udaję się w kierunku Zawady mijając odstawione już za stacją, obok nieczynnej parowozowni wąskotorowej  jakieś stare wagony typu: owocarka. Nie widzę tendra, a przebyłem ładny kawałek od stacji. W pewnym momencie zauważyłem siedzącą na ziemi postać. Zbliżam się zlękniony i widzę, że  tuż obok na trawie leży rower. Pomyślałem sobie, że mam pecha, bo tle w końcu dostrzegłem też masywną bryłę żelastwa, której poszukuję. Ale piętrzą się przeszkody. Mężczyzna siedzi na ziemi oparty o jakiś słupek, nieciekawie to wygląda. Aż mnie ciarki przechodzą po plecach, pewny jestem, że kolejny denat w tym miejscu. Szarpię delikatnie za rękę,  facet podrywa się gwałtownie do góry, a ja odskakuję.

Co się stało? Przepraszam, odpowiadam speszony. Myślałem, że pan zasłabł. Nie, śmieje się starszy już gość. Uciąłem sobie tutaj małą drzemkę, trochę głupio może to faktycznie wyglądało. No wie pan, ja tu kilka lat temu jechałem pociągiem i prawie w tym samym miejscu leżała jakaś nieprzytomna kobieta, a teraz pana zobaczyłem i się przestraszyłem. A pan przyjezdny, pyta się nieznajomy. Przyjechałem tu specjalnie zobaczyć ten tender, odpowiadam. A bo proszę pana, kontynuuje ze mną dyskusje – to jest cudowny tender! On nie straszy, tylko pomaga ludziom.

Jestem powiedzmy prawie już emerytowanym kolejarzem, tych tendrów było tu kilka. W Ruskich Piaskach powstać miało wielkie centrum szkoleniowe obrony cywilnej i z tej okazji pościągali tu różny szmelc, ale i tak nic z tego nie wyszło  bo upadła komuna i pojechało  wszystko do huty. A to być może  z tym tendrem jechał mój znajomy parowozem z pociągiem towarowym i w Żurawnicy na przejeździe skasował  wóz z sianem. Była to ogromna fura, parowóz  zasypało słomą, dyszel odcięło, chociaż  koniom nawet nic specjalnego się nie stało. Trochę to zajęło zanim się kolejarze wydostali z lokomotywy i ją oczyścili. Wiadomo, że groziło pożarem i trzeba było się uwijać, ale po tym całym zamieszaniu jakie się zrobiło rozpoczęły się poszukiwania zwłok woźnicy. Przyjechali sokiści, milicja obywatelska, przeprowadzono oględziny całego składu no i ani śladu. W końcu uznano, że prowadzący wóz zbiegł z miejsca zdarzenia. Po  długim  postoju zdawka ruszyła do Zamościa. Po pewnym czasie, podczas jazdy ze skrzyni węglowej zaczęły wydobywać się piekielne jęki. Drużyna lokomotywy początkowo strwożona, lecz wnet zrozumiała co zaszło. Pociąg został zatrzymany i okazało się, że w tendrze siedzi zasypany w węglu woźnica. Nawet zbytnio nie był poturbowany, tylko jak tam wpadał to stracił przytomność. Prawdę mówiąc nie wiem czy  akurat chodzi o ten tender, który tu został, ale sprowadzono go z Zamościa. Jednak  jak mi pan opowiedział  historię z tą kobietą to przypuszczam, że może tak być.

Po chwili  nieznajomy popatrzył na zegarek i oświadczył, ze musi się  szybko stąd spływać bo mu znowu żona będzie suszyć głowę. Po pożegnaniu niezwłocznie udałem się na oględziny tendra. Był on pozbawiony tabliczek z obydwu stron. Od strony toru szlakowego nie można już było odczytać inskrypcji, natomiast z drugiej strony było wyraźne oznaczenie, ale wymalowane farbą. No właśnie: nie fotografowałem ale dokładnie spisałem dane, tylko szkopuł w tym, że zaginęła mi gdzieś ta notatka. Ale głowę daję, że był to albo numer 150 albo 151, a seria 203.

Powrót do Zamościa poc. nr 1137 rel. Dęblin  – Hrubieszów Miasto. SP32 i z 6 wagonów w tym: pocztowy i bagażowy, a reszta bezprzedziałowe bonanzy i jedna przedziałowa jedynka. Kasa biletowa w Ruskich Piaskach czynna, ale biletów kartonikowych już w niej nie sprzedawano, tylko ręcznie wypisywane na blankietach. No i ten specyficzny zapach palonych na wiosnę liści i traw, który rozchodził  się po stacji i zwiastował nadejście cieplejszych, wiosennych dni…

Szczerze żałowałem, iż nie mogłem kontynuować dyskusji. Te cuda należy traktować raczej w żartobliwym tonie, aczkolwiek facet miał sporą wiedzę o zamojskich parowozach. Kopciuchy z takimi tendrami na pewno jeździły w Zamościu pod koniec lat 70 – tych ubiegłego wieku. Doskonale pamiętam manewry na przejeździe obok Rotundy. Z kolei w latach osiemdziesiątych na stacji w Zamościu zostało mnóstwo tendrów, może z 10 jak nie więcej. Jeszcze w 1996 r. kilka stało na trójkącie i w okolicach. Człowiek był głupi, że tego nie fotografował. Zidentyfikowałem tendry od parowozów ty23 i tr20. Tendrów od parowozów tr201 czy tr203 w Zamościu nie kojarzę. 

 

 Warto podkreślić, że tender zachował się do naszych czasów i jeszcze tam jest ukryty w krzakach. To akurat stare zdjęcie przedstawiające pociąg pośpieszny SOLINA z Zamościa do Warszawy Zach.  zrobione ponad 10 lat temu.

Możliwość komentowania jest wyłączona.