Na grzyby teigrekiem czyli wspomnienia rozkładowe 1988/89

Najgłębszy sen przychodzi  między 2 a 3 nad ranem. O tej porze to nawet diabeł nie byłby w stanie mnie obudzić. A przecież lucyper podobno potrafi przybierać różne postacie. To właśnie pewne dziwne zjawiska w otaczającym mnie środowisku wyrywały mnie gwałtownie ze snu, kiedy byłem jeszcze piękny i młody.

Dawała o sobie znać  przyroda, gdyż o drugiej zaczynał w zoo przeraźliwie wrzeszczeć paw, któremu wtórowały kosy i wróble ukryte w krzakach rosnących na ogrodzie. O ile  nie wzruszał mnie koncert rodzimego ptactwa, to z tego pawia był straszny zbój.  Raz nawet chciałem wyrwać mu ogon, bowiem często forsował  ogrodzenie ogrodu zoologicznego i spacerował po bulwarach nad Łabuńką. Obudzony po pawim koncercie  polegiwałem dalej na swym łożu, wtedy z kolei zasnąć  nie dawały mi… gruszki. Sąsiad miał małego fiata, którego garażował w blaszaku rozłożonym pod gruszą, która obradzała na początku lata okazałymi –  ciężkimi owocami, które uwielbiały  spadać o 2 nad ranem. Efekty dźwiękowe niespotykane nigdzie indziej na świecie. Na szczęście obecnie nie ma śladu ani po garażu ani po pojeździe, za to drzewo  rośnie dalej!  Owoce ma twardsze, ale za to wyspać się można do woli.

Do tej  rannej serenady regularnie  dołączały  też obiekty natury stworzone przez człowieka. Otóż codziennie, około 2.30 ciszę nocną przeszywał przeraźliwy gwizd syreny parowozu, który  oczywiście, budził mnie ze snu. I wyobraźcie sobie, że nawet to wkurzało, chociaż nieco mniej niż syrena teigreka pięćdziesiąt- pierwszego, bo tamten to już zupełny hardcore – aż szyby w oknach pękały! Tak potrafił duć. No, ale to zimą i wcześniej…Majowa dwója była subtelniejsza, ale stawiała na nogi, szczególnie, że okna pootwierane.

Mamy Rok Pański 1988. Ciepły, czerwcowy lub lipcowy poranek a  orzeźwiające powietrze wpada do mojego pokoju przez uchylone okno. Na mieście cicho i ten przenikliwy dźwięk gwizdawki ty2 a tuż po nim   wyraźny syk pary i stukot sprężarki. Puf, puf, puf,….O 2.30 rusza i po chwili staje. Chwila ciszy. Znowu…gwiiiizd! I tłucze i syczy – w porze kiedy normalnym ludziom śnią się najpiękniejsze sny! I ja w tym czasie leżę sobie spokojnie w łóżku a tu taka serenada przed świtem.

Geneza tej muzycznej twórczości jest stosunkowo prosta do wytłumaczenia. Kopciuch pojawiał się w Zamościu po północy przybywając z osobówką z Lublina. Po odczepieniu się od wagonów -  wyjeżdżał z toru 2 na rozjazdy zlokalizowane na wschodniej głowicy stacji. Następnie wtaczał się na tor kanałowy, pod żurawia znajdującego się na tylnej części stacji – tam gdzie obecnie wjeżdżają drezyny. Podczas manewrów oczywiście gwizdał niemiłosiernie, ale o północy to jeszcze specjalnie nikomu nie przeszkadzało – wyznaczał  w ten sposób godzinę duchów, kiedy grzeczne dzieci  powinni już smacznie spać. Następnie, przez  okres około dwóch godzin stał ukryty za wagonami i był praktycznie niesłyszalny jak i niewidoczny z poziomu peronu. Nawęglano, nawadniano, a także oczyszczano jego korpus, co zajmowało około godzinę. Przez drugą godzinę załoga odpoczywała w obrębie żurawia do nawęglania, gdzie były posadowione jakieś baraki socjalne. Taka fajna rupieciarnia, parę razy zwiedzałem ją za dnia, czasami i wieczorami się zakradałem, ale nie odważyłem się po północy. Po drugiej czajnik zaczynał się leniwie przemieszczać w kierunku zachodniej głowicy, gdzie znajdowała się tarcza manewrowa, która stoi do dzisiaj.  Poruszał się powoli, niczym widmo i tylko syk pary zdradzał jego obecność, ale i to nie zawsze. Czasami go słyszałem przez sen, ale dopiero o wpół do trzeciej nad ranem budził się z letargu i rozdzierał  na cały Zamość.  Zrywałem się wtedy prawie, że na baczność, aby po chwili polegiwać w łóżku nadal. Zasnąć już jednak było ciężko. Zdarzało się, że kopciuch się opóźniał w całym tym swoim rytuale. Może mechanik przysypiał czy co, nie wiem, ale wtedy i tak się budziłem, nawet i bez gwizdka. Przerywałem sen i nasłuchiwałem czy syczy. Nad ranem jest bardzo cicho. Wyobrażałem sobie jak stoi przed tarczą, przed tym słupem z dziwnym pudełkiem. Nastawniczy coś naciska a w pudełku zapala się odpowiednia świca. I wtedy ten gwizd! Czekałem na to z niecierpliwością. Dopiero po wszystkim mogłem myśleć o niebieskich migdałach.

Potrafiłem nawet rozpoznać  numery boczne lokomotywy po dźwięku gwizdawki a  najbardziej oczywiście wkurzało jak przyjeżdżały egzemplarze z klaksonem od SM42, a ze dwa takie jeździły w Chełmie. Lokomotywo-file! Jak można tak zgwałcić maszynę? Jakim to trzeba być zboczeńcem? Nietypowe  dźwięki usłyszane o 2 nad ranem wywoływały niepokój. Pojawiały się głupie myśli –  bałem się wtedy, że nastąpił kres porannej trakcji parowej. Po co sobie zaprzątać głowę takimi sprawami w trakcie kiedy mózg wymaga odpoczynku? Na szczęście  zdarzało się to sporadycznie. I przez dłuższy czas jeszcze mogłem być budzony  specyficznym śpiewem z piekła rodem. który niby mi przeszkadzał, ale kiedy go już potem zabrakło to przez dłuższy czas i tak się budziłem  i wtedy naprawdę nie mogłem zasnąć. Zrobiło się  jeszcze gorzej z moim spaniem, ale po kolei…

Widmo  nadciągającego kresu tych gwizdanych ranków stawało mi jednak coraz bardziej przed oczami. No bo  paw był nie do zdarcia, grusza rodziła jak szalona co roku – za to gwizd lokomotyw był z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z dnia na dzień cichszy. Maszyny serii ty51  wymarły niczym mamuty a dwóje  przekształcały się powoli w  kastraty – nie basy. Dlatego, póki jeszcze było można  postanowiłem wstać rano z kurami, a raczej:  z pawiami  i doświadczyć fizycznego zbliżenia z trakcją parową zamiast doznań jedynie natury fonicznej. Oj, ciężko było – na nic zdał się tradycyjny, nakręcany budzik. Internetu jeszcze nie wymyśli, więc nie miałem nad czym ślęczyć po nocy, a od książek i czasopism bolały oczy. Trójka zaczynała nadawać dopiero o 5 , a jedynki słuchać się nie dało – tak jak i współcześnie. Próbowałem nieskutecznie kilka razy zwlec się z łoża o tak dziwnej dla organizmu porze, aż w końcu podjąłem decyzję, że nie będę się kładł spać wcale. I udało się. Któregoś ranka zameldowałem się na zamojskim dworcu PKP dokładnie o godzinie 3 nad ranem.

Ciemno, cicho, żywych nie widać. Na torze 1 stoi długi skład pośpiesznego do Warszawy: na czele – hen w oddali tłucze  SM48, siedem błyszczących wagonów, na tyle mruczy: ST44. Tuż za nim 2 SP32 i skład HETMANA złożony także z 7 wagonów, ale już bardziej leciwych z wyglądu co jednak stwierdziłem na dalszym etapie bo wtedy słabo je było widać. Na torze 2 rezyduje  osobowy do Chełma zestawiony z parowozu oraz 4 wagonów: dwóch bezprzedziałowych kl. 2 serii Bh, przedziałowej jedynki oraz jeszcze jednego Bh. Brakuje brankardu przerobionego systemem gospodarczym z wagonu serii 108, który zwykle jeździł –  pewnie wypadł jakiś przegląd. Parowóz cicho sapie, nie widać żadnych ludzi, nawet kolejarzy. Gdzieś z oddali w zoo wyje pawian, ale i pawia też słychać.

Najpierw kręcę się koło parowozu z którego bije wyraźne ciepło - z wyglądu dosyć już wyeksploatowany egzemplarz serii ty2. Jednak skład pośpiesznego do Warszawy  równie intrygujący. Przykuwają wzrok nowe, błyszczące wagony, ale nie mam na razie czasu przyjrzeć im się od środka.

Za wagonami osobowymi manewruje jakiś Gagarin, ale nie ubłaganie zbliża się godzina odjazdu: „grzybowego:, jak go niektórzy nazywali. Pociąg osobowy do Chełma odjeżdża z toru 2 – zapowiada sennie dyżurna ruchu, a na dworcowym zegarze wybija godz. 3.22. Właśnie – tym pociągiem jeździło się  najczęściej z Zamościa  na grzyby  do Zawady. Do kąteckiego lasu nie  daleko a jeszcze fajna droga przy torach – nie  jak teraz: zupełnie chaszczami zarosła. Czasami na jagody i tyle.  Połączenia o 4 i 4.14 były dla zwykłych śmiertelników za drogie. Pamiętam, że w pewnym okresie za bilet między Zamościem a Zawadą w taryfie pośpiesznej płaciło się coś około dziesięciokrotności taryfy osobowej, także opłacało się wstać te pół godziny wcześniej. Szczególnie, że grzybowy chodził  pusty czego nie można było powiedzieć ani o ROZTOCZU ani o HETMANIE.

Na niebie widać już czerwoną łunę, chociaż stacja spowita w  zmroku. Oczywiście peron oświetlony, ale we mgle człowiek tumanieje, a jej przybywa.  Do pociągu zbliża się  dyżurna z lizakiem. Ja wskakuje do wagonu, lecz konduktora nigdzie nie ma. Dyżurna podnosi lizak, krzyczy żeby włączyć sygnały i jechać ale nikt nie odpowiada więc  skład stoi. W końcu, ktoś wyłazi  z wagonu- chyba go obudziła. Zapalcie końcowe sygnały i już w końcu: jedźcie! Krzyczy dyżurna. Jegomość lezie  do parowozu, potem do wagonu. Mgła coraz większa. Dyżurna się niecierpliwi. Kierownik pociągu komplementuje jej makijaż. O 3 nad ranem wcale już nie taki ładny – odpowiada. Za to ubiór, moim zdaniem  jak najbardziej przepisowy: i czapka i lizak. Elegancko się kobieta prezentuje. W końcu zapalili te sygnały: no jechać, jechać , kobieta niecierpliwie  macha lizakiem. Kierownik gwiżdże, ale parowóz stoi. Chyba śpią, krzyczy dyżurna. Idź ich obudź bo to już 5 minut spóźnienia.

W końcu, ślamazarnie - prawie  niedostrzegalnie: ruszamy. Jak żółw, ociężale… Najpierw skrzypieć zaczynają wszystkie elementy wagonów. Potem następuje gwałtowne szarpnięcie, przez które prawie kładę się na siedzeniu. Słychać już hałas wydobywający się z parowozu. Nie gwiżdże przy starcie, dopiero na przejeździe na Błoniach wydobywa się z jego wnętrzności niesamowity skowyt. Ale wcześnie musi skutecznie zanieczyścić naturalne środowisko. Ogromna chmura czarnej sadzy wyrzucona w górę kieruje się  na miasto. Pomyślał by kto, że jakowyś wulkan tu wybuchł. Hałas wydobywający się z kopciucha też niczym z armaty przy oblężeniu Twierdzy. Ale co mnie to obchodzi: siedzę na pierwszym siedzeniu, w pierwszym wagonie – tuż za buchającą dymem lokomotywą. Mamy pod górę, więc jest co podziwiać. Okna nie odważam się otworzyć. Dopiero na łukach w Płoskim przemieszczam się do ostatniego wagonu aby obserwować kopciucha w natarciu. Ładnie idzie ta bestia, a ja zaczynam mieć dziwne wrażenie. Co to za pociąg widmo, z jednym tylko pasażerem. Jeszcze tylko brakuje, żeby pojawił się tajemniczy pasażer, jak w „Ślepym Torze”, nakręconym przez Ryszarda Bera, który oglądałem w TV.  „Kiedyś to był tu ruch, ale teraz…” „Może gazetę dla zabicia czasu”. „Kolejarze w jednym z przedziałów znaleźli ciała trzynastu osób” ” A ja gorę”. „Czego nie masz w sercu, tego nie znajdziesz w dalekich podróżach.” Zbyt ambitne to kino…

Wolę już bardziej krotochwilny wagon. Na szczęście  wózki mojego już  podskakują na zawadzkich rozjazdach. A ja wyglądam przez okno i widzę w oddali charakterystyczne wiatrownice od innego czajnika. Przyprowadził skład  relacji Bełżec – Zamość, ranny łącznik na ROZTOCZE i HETMANA dla podróżnych z okolic Suśca. My wjeżdżamy na tor 1 , a tamten  stoi na torze 4. Zawada oczywiście wygląda zupełnie inaczej niż aktualnie: nie ma peronu wyspowego, praktycznie nie ma tam żadnego peronu. Jest za to dodatkowy tor, biegnący mniej więcej przez środek obecnego peronu, no i drewniany, żółty budynek stacyjny. Klimat jak z dobrego westernu. Zatrzymujemy się, ja wysiadam a byłem jedynym pasażerem tego niezwykłego pociągu. Widać, że grzyby jeszcze nie obrodziły, bo i za sucho. Parowóz momentalnie się odczepia od wagonów a drugi skład do Zamościa stosunkowo szybko odjeżdża i jest skutecznie  osłonięty  przez wagony pociągu do Chełma. Nie jestem zadowolony, nie obejrzałem tamtego kopciucha. Za to po chwili słyszę gwizdawkę i po tym obecnie rozebranym, środkowym torze z dosyć sporą prędkością przesuwa się robiący oblot składu teigrek, który przywiózł mnie z Zamościa. Tamten z Bełżca zwiał i słyszę go już w oddali jak dobija do Płoskiego. Co za  tempo? Po chwili czajnik najeżdża na czoło składu do Chełma. Przyłączają go, syczy a niewielki pan z młoteczkiem  robi próbę hamulca.  Następują niewyraźne, męskie zapowiedzi megafonowe i osobowy odjeżdża do Chełma bez  pasażera na pokładzie. Za to zadymienie robi nadzwyczajne, jeszcze przez 5 minut nieczystości unoszą się nad stacją aż zostaną wchłonięte przez rozłożyste topole rosnące w oddali. I znowu następuje błoga cisza poranka. Zbliża się godzina 4, już świt wyraźny a wkrótce wchodzi słońce. Piękny, letni poranek.

I jest to sygnał do rozpoczęcia parady pociągów pośpiesznych. Stacja raczej pusta, gdzieś na północnej głowicy majaczy kilka krytych. Żadnych lokomotyw, bo pracująca tu praktycznie całą dobę walentyna pojechała o 1 z wagonami pośpiesznego do Zamościa. Na szerokim torze LHS-u bezruch.

Najpierw coś od Zamościa kilka razy trąbi w oddali, a  dźwięk ten staje się za kadym razem donośniejszy i przybliża się wyraźnie. Po pewnym czasie słychać jazgot żelastwa, potem przez megafon pan szepleni i po chwili, od północy wtacza się z impetem ROZTOCZE. Tamara piszczy jak szalona i zatrzymuje się daleko za linią prymitywnych ziemnych peronów. Do wagonów wsiadają jacyś ludzie i po chwili skład już rusza w stronę Rejowca. Prowadzi go bardzo dopieszczona lokomotywa ST44-350. Oryginalna facjata i solidna moc. Rusza ostro w pięknym stylu, a tuz za nim przemieszcza się w stronę nastawni samotna walentyna. Będzie tutaj pracowała na manewrach cały dzień, ponieważ jest na stałe przypisana do  stacji. Nie pamiętam już niestety numeru, ale każdy większy węzeł  miał w tym czasie przydzieloną stałą manewrówkę. Na przykład w Zamościu była to SM48-127 a w Biłgoraju SM48-125. Ta zawadzka wywodziła się rodem z tych pierwszych egzemplarzy sprowadzonych ze wschodu. Piękna prezencja i donośna trąba – nie bucząca. Znawcy wiedzą o co chodzi.

W zawadzie moc roboty, pewnie i jakieś zdawki po okolicznych włościach były również organizowane dla urozmaicenia służby, lecz w nocy pomiędzy 1 a 4 wyruszała z ważną misją prowadząc pośpieszny ROZTOCZE. Chodziło o to, żeby uniknąć niepotrzebnych manewrów lokomotyw i skrócić czas postoju. Dzięki temu, że w Zamościu na pociągu zapięte były dwie lokomotywy, w Zawadzie ROZTOCZE planowo stało tylko 4 minuty. Po wjeździe z Zamościa walentyna się odczepiała a w stronę Rejowca podejmował skład drugi motor. W okresie letnim najczęściej był to gagarin. Na ROZTOCZU co prawda  planowo kursować miały  żółtki, lecz w praktyce, w okresie letnim zastępowano je gagarinami, ponieważ wypadało, aby nasz flagowy pociąg  nazywany ekspresem kursował punktualnie, co nie było takie proste  z tymi „rumuńskimi gamami:. W ogóle wagony warszawskie bardzo zadbane w środku – białe dywaniki, papier w kiblach. Wiadomo – stacja Chełm, pewnie na BYSTRZYCY chodziły czasami – jedynym lubelskim ekspresie z prawdziwego zdarzenia

Raptem, po kilku minutach  na stację wtacza się ospale HETMAN w rel. Zamość – Katowice. Niewielka wymiana podróżnych – wsiada może z 1 osoba. Prowadzące skład dwa żółtki ruszają z trudem w stronę Szczebrzeszyna. Podwójna trakcja SP32  była tu normą z uwagi na  dużą awaryjność maszyn tej serii. Wyjątek stanowiła chyba tylko SP32-066, która niczym  prawdziwy odrzutowiec  HETMANA prowadzała solo. Raz nawet jechałem takim składem i przeżyłem szok! Bałem się, że wyleziemy w powietrze. Wagony na HETMANIE w odróżnieniu od tych roztoczańskich to już zamojskie dziadostwo w postaci np. nie domykających się okien czy brudu w przedziałach. Za to tablice kierunkowe robią wrażenie: kolorowy herb Zamościa i duże napisy. Miał ktoś fantazje.

Po tych atrakcjach udaję się niby na grzyby ścieżką prowadząco wzdłuż torów obok nastawni i dochodzę do przejazdu w miejscowości: Kąty. Oczywiście, gdzie mi tam w głowie grzyby, jak tu takie fajne rzeczy.  Zamiast skręcić w lewo idę więc prosto wzdłuż torów. Zbliża się czas przejazdu Kędzierzyna, lecz ten się opóźnia. W końcu, jakieś dwadzieścia minut po planowym czasie słyszę z oddali syrenę lokomotywy. Mniej więcej w połowie drogi do przystanku Niedzieliska mija mnie szalona lokomotywa serii SP42 ze składem raptem 4 wagonów nabitych dosłownie aż po dach. Firanki fruwają w otwartych oknach, tudzież ręce powystawiane. Ludzie siedzą  jak sardynki w słoiku. Masakra, zawsze nienawidziłem tego pociągu. I tylko jeden wagon przedziałowy, dwa ryflaki i bonanza. Wrażenie zewnętrzne - bardzo obskurne. Dobre, że nie musiałem nim wracać do Zamościa. Nie chcę więcej o nim pisać w tej chwili, ponieważ ta rzeźnia faktycznie zasługuje na odrębną opowieść, a napatrzyłem się na nią sporo. Zatem – poczekajcie!

Dochodzę do przystanku Niedzieliska, którego niewielkie  zabudowania  były jeszcze zamieszkałe. Tuż pod oknami poczekalni porozwieszane suszy się pranie. Dzień zapowiada się upalny i dlatego postanawiam wracać do Zawady, tą samą trasą, którą przybyłem. Trzeba zmykać póki jeszcze idzie oddychać, potem się usmażę. Po drodze mija mnie jakiś skład węglarkowy po LHSie a w Zawadzie stoi już SM48 z jednym służbowym wagonem dla pracowników do Bortatycz. Jaki to był wagon już nie pamiętam, ale trafiały się prawdziwe rarytasy – wycofane z ruchu planowego z oznaczeniem stacji macierzystej jako: Zawada. Kilka minut po 6 do Zawady wtacza się okazały skład pociągu rel. Kraków Płaszów – Hrubieszów Miasto w postaci SP32 i 7 wagonów przedziałowych i 1 bagażowego. W środku podróżuje  trochę ludzi ale luzy i wolne przedziały do dyspozycji. Czekamy parę minut aż wjedzie pociąg rel. Zamość – Stalowa Wola Rozwadów,  w postaci: SP32 i 3 ryflaków. W Zamościu kończę swoją wyprawę i udaję się do domu na zasłużony odpoczynek, połączony z drzemką.

A ranny pociąg z Zamościa do Rozwadowa zaczął kursować właśnie z dniem 29.05.1988 r. po zmianie rozkładu jazdy. Wtedy pojawiło się zupełnie nowe połączenie, start  o 17.08 z  Rozwadowa, w Zamościu o 19.55  bezpośrednio aż do Hrubieszowa. W drodze powrotnej skład wyruszał z Hrubieszowa o 2.24 i w Zamościu na 3.45 i stanowił łącznik na ROZTOCZE i HETMANA. Co ciekawe, wjeżdżać musiał na tor 3 bo pozostałe tory były zajęte. Na torze 1 stały dwa pośpieszne a na tor 2 przyjmowany był o 3.55 osobowy z Bełżca. Po zwolnieniu torowiska wagony z toru 3 przestawiano na tor 2 i wyruszały o 6.03 jako pociąg 4422 do Rozwadowa – który szybko pokochali podróżni.

Z kolei o 6.27 przybywał do Zamościa kolejny skład z Hrubieszowa złożony z 3 zamojskich bonanz lub szczupaków w dowolnych konfiguracjach. Zabezpieczone były w ten sposób dojazdy pracownicze, a pociąg w przeciwnym kierunku wyruszał o 1.40 i zapewniał dogodne skomunikowanie z ROZTOCZA i HETMANA. Zatem  miejscowości ościenne mogły w tym czasie korzystać praktycznie z wszystkich połączeń dalekobieżnych przebiegających przez Zamość a lokalne kursy  były również rozsądnie zaplanowane. Na Hrubieszowskiej Kolei Wąskotorowej ( tabela 558 ) mieliśmy jeszcze 5 par pociągów pasażerskich między Werbkowicami a Hrubieszowem oraz dwie pary do Strzyżowa. Rozkład jazdy 88/89 był w zasadzie rozwinięciem rj 87/88 i odsyłam do artykułu o tamtym -  nie chcąc się powtarzać. Wystąpiły tylko drobne korekty minutowe.  W tabelach rozkładu jazdy pojawiły się nawet  dwa dodatkowe, zupełnie abstrakcyjne relacje. Zamość – Jelenia Góra, odj 18.45 i Jelenia Góra – Zamość przyj. 11.15. Miał kursować przez Staszów i być teoretycznie włączany w Kielcach do pociągu Lublin – Jelenia Góra. Taki pociąg na pewno w znacznym stopniu odciążył by rzeźnię kędzierzyńską. Niestety - nie pojechał ani razu ( adnotacja: kursuje po ogłoszeniu ). Drugim, wirtualnym pociągiem był osobowy: Chełm – Kraków, wpinany w Zawadzie do pociągu jadącego z Hrubieszowa. Ten również miał status po ogłoszeniu i ani razu nie wyruszył w trasę. Z tego co obiło mi się o uszy to plany były ambitne, ale zabrakło…lokomotyw. Niestety, stan techniczny rumuńskich SP32 przedstawiał wciąż wiele do życzenia.

Mimo wszystko żółtki systematycznie wypierały parowozy które stacjonowały  w parowozowni Chełm lecz  kursowały po roztoczańskich szlakach.  Do końca sezonu grzewczego, tj do marca 1989 r. jeszcze było kilka obiegów:

1) Chełm odj. 9.00, Zamość przyj. 12.50 ( pociąg stał w Rejowcu planowo 90 minut! ) Zamość odj. 15.50, Rejowiec przyj. 17.51.

2) Rejowiec odj. 16.13, Zamość przyj. 18.20, Zamość odj. 19.22 Bełżec przyj. 21.40, odj. 2.02, Zamość przyj. 3.55, odj. 7.22, Rejowiec przyj. 9.20.

3) Rejowiec odj. 18.00, Zawada przyj. 19.25, odj. 19.55, Rejowiec przyj. 21.20.

4) Rejowiec odj. 22,15, Zamość przyj. 0.20, odj. 3.22 Chełm przyj. 5.42.

Pomiędzy Chełmem a Rejowcem kopciuchy  zasadniczo jeździły jako służbowe luzaki. Szopa w Chełmie obsługiwała jeszcze kursy osobowe z Chełma do Włodawy oraz zabezpieczała parowozy grzejki w okresie zimowym. Gdzieś od końca marca 1989 r. parowozy zaczęto wycofywać z eksploatacji. Na pierwszy ogień poszedł obieg drugi, który zastąpiono maszynami serii SP32 z lokomotywowni Bortatycze. Następnie na 3 obiegu pojawiły się SP32 stacjonujące z kolei w Chełmie. Aż w końcu, na początku maja 1989 r. zamiast porannego gwizdu zbudziła mnie już syrena oraz silnik wibratora. To była chełmska SM42. I tak, z dniem wejścia w życie nowego rozkładu  jazdy 1989/90 ostał nam się tylko jeden dzienny obieg pociągów prowadzonych trakcją parową w godzinach zbliżonych do wskazanych powyżej,  w poz.1. A ja przez dłuższy czas budziłem się nad ranem  z nadzieją, że usłyszę charakterystyczny, ulubiony odgłos… Wibrator to raz zatrąbił a na drugi dzień - wcale. A wsadźcie go sobie pomiędzy bufory Panie Naczelniku Parowozowni Chełm. Mi tu czegoś brakuje, żeby dobrze rozpocząć dzień. Niby  piękny i wiosenny, ale jakiś taki inny. I człowiek od razu się poczuł starzej!

PS: Wracam HETMANEM z Krakowa, tuż przed zmianą rozkładu jazdy,  pod koniec maja 1989 r. i w Zawadzie jest On! Wyjeżdżamy do Zamościa i na wysokości nastawni mija nas osobowy z Lublina, który wjeżdża do Zawady prowadzony parowozem ty2 ciągnącym   5 klas, w tym: jedną bagażową. Widocznie wibrator nawalił i wystawili kopciucha. Niesamowite przeżycie prawie o północy. Niestety, to  było pożegnanie nocnej pary. Ostatnie podrygi czarnego. W rj 1989/90 zachował się już tylko jeden dzienny obieg. A układ torów stacyjnych do tej pory pozwala na niezależne przejazdy w dwóch kierunkach. Na przykład w rj 1986/87 właśnie na wysokości nastawni około godz. 19.45 planowo mijały się dwa pociągi prowadzone parowozami: osobowy Zawada – Chełm po torze 1 i nocny Hrubieszów – Kraków wjeżdżający na tor 4. Z kolei mijanki HETMANA i osobowego z Lublina bardzo często zdarzały się z uwagi na regularne opóźnienia tego pierwszego.