LKn Historia

31-08-2010 NIESPODZIEWANE POŻEGNANIE TRAKCJI

Lato Roku Pańskiego 1989 nie było tak kapryśne, jak tegoroczne , wręcz przeciwnie - było to: typowe – gorące, upalne polskie lato. W jedną z ostatnich sierpniowych niedziel , słońce przypiekło dosyć mocno , a mi już sprzykrzyło się wąchanie tamtego rozgrzanego powietrza pozbawionego niezwykłego aromatu dymu z parowozu. Zrozumcie : duszę bym za taką nikotynę oddał. Dopadł mnie wtedy swoisty termiczny kryzys. Rekonwalescencja nie była prosta, ponieważ , jak na złość - w tym czasie wycofano już ostatnie chełmskie czajniki z ruchu planowego po szlakach Zamojszczyzny ( czerwiec/lipiec 1989 r. ) i spotkanie smolucha na rozkładowej osobówce w Zamościu należało traktować w kategorii cudów świata , aczkolwiek incydentalnie objawiał się on na obiegu: Chełm – Zamość poc. nr 2211 , przyj.12.22 i Zamość – Lublin, poc. nr 2216 odj. o godz. 15.50 Ale jak ja już sobie coś wbiję do łba , to nie ma na mnie siły. Kopciuchy regularnie jeździły jeszcze na trasie : Przeworsk – Bełżec – Przeworsk. Co prawda były to maszyny z Parowozowni Przeworsk, ale darowanemu skunksowi, się pod ogon nie zagląda i lepszy taki niż żaden. Trzeba było tylko udać się do parafii bełżeckiej . Jedynym możliwym środkiem lokomocji w tamtym okresie był pociąg, co oczywiście nie zniechęcało mnie w żaden sposób do zrealizowania ekspedycji, lecz wręcz przeciwnie – stanowiło rękojmię ciekawej wyprawy krajoznawczej. Całonocna burza z gradobiciem i piorunami również nie ostudziła mojego zapału. Mało tego - nad ranem zrobiło się całkiem przyjemnie i rozpogodziło się w miarę.
Około godziny 6 udałem się wiec na zamojski dworzec kolejowy.
Nie można powiedzieć , ze było tam dużo ludzi, ale i nie można powiedzieć, że było ich mało. Było ich tyle, co trzeba o tej porze. Nie można powiedzieć , ze do kasy była kolejka , aczkolwiek zaczekać chwilę trzeba było. Po prostu obraz porządnej poczekalni. W kasie biletowej stały szafy z kartonikami, tak z rok w Zamościu podziałały jeszcze. Był to już jednak okres schyłkowy, dla takiej postaci biletów przejazdowych. Na ponad połowę relacji tektury brakowało – i kasjerki musiały wypisywać dokumenty w formie blankietowej, ręcznie – co znacznie przedłużało czas oczekiwania. Dlatego przed odjazdami pociągów tworzyły się tutaj dosyć pokaźne ogonki zdesperowanych podróżnych. Bileterki stawały się wtedy bardziej poirytowane. Przed 7 i 19 otwierane były zwykle dwie kasy, ale wiązało się to , ze zmianą turnusu pracowników okienek, ( jedno się zamykało, a drugie się otwierało ) , co korelowało co prawda ze zwiększonymi potokami podróżnych w tym czasie ( odjazd pociągu do Lublina rano i do Kędzierzyna Koźle po południu ) , lecz był to tylko zbieg okoliczności moim zdaniem. Wracając , do tamtego dnia – to po krótkiej chwili, od przekroczenia progów poczekalni, stałem się szczęśliwym posiadaczem kuponu, na którym było nabazgrane , jakby pijacką ręką, że mogę udać się najbliższym środkiem lokomocji do stacji w Bełżcu. Oczywiście obowiązkowa przesiadka w Zawadzie była podkreślona wężykiem , czy coś w tym stylu.
Niewielkie, ale wysokie wnętrze zamojskiej poczekalni niewiele zmieniło się w obecnych czasach ( choć teraz oczywiście jest zamknięte ) . Wtedy , przy wejściu od strony miasta nie było ławek, tylko wisiały tablice z rozkładami jazdy pociągów i mapy kolejowe dla całej Polski. Przyklejone one były na czymś w rodzaju metalowych wałków , które na dole miały korby, dzięki którym można było całą machinę przekręcać dookoła. Z obydwu stron wejścia było po około dziesięć takich urządzeń. Dzięki temu - na stosunkowo niewielkiej powierzchni można była zamieścić dużą ilość tabel nie tylko dla Zamościa , ale i z całego regionu. Bardzo dobry wynalazek: gdy byłem mały, studiowałem to - co tam było przytwierdzone z zapartym tchem, szczególnie po wprowadzeniu nowego rozkładu jazdy. Taka namiastka dzisiejszego internetu, w prymitywnej formie – na korbkę. W następnym roku , o tej porze - w miejscu tego fotoplastykonu, który tam działał od wieków – były już kolejne drewniane ławki dla podróżnych.
Tamtego ranka nad moją głową latały sobie jaskółki, było też kilka gniazd ulepionych z gliny i przyklejonych do ram okiennych. Czy do baru wchodziło się wtedy już ze środka poczekalni, czy był on jeszcze zlokalizowany w innym pomieszczeniu, do którego wpadało się z zewnątrz dworca, od strony peronu – dzisiaj to już nie pamiętam. Jedno jest pewne – o 6 rano był zamknięty, bo kto przyzwoity stołować by się śmiał tak wcześnie rano. Wrota do lokalu uchylały się punktualnie o godzinie 7.
Tymczasem do moich uszu dotarł , wyraźny podwójny sygnał gongu, wydobywający się z głośnika wiszącego na ścianie we wnętrzu poczekalni. „Pociąg osobowy z Hrubieszowa wjeżdża na tor trzeci , pociąg kończy bieg. Prosimy zachować ostrożność podczas wjazdu pociągu”. Z pewną ostrożnością przemieściłem się na peron, ale pociąg nie zatrzymał się przy nim , tylko wjechał na tor następny , przy którym nie było peronu , a mało tego - nie prowadziło tam żadne przejście. Zwykły stacyjny tor jakich wiele. Na czele składu była maszyna serii SP32 , a za nią dwa bezprzedziałowe wagony serii Bh ze stacji Zamość. Ale ludu, to z nich wyszło - do groma i ciut, ciut. A trzeba wziąć pod uwagę, że część podróżnych wysiadła na dzikim przystanku przy placu PZU, kiedy skład na chwilę przystanął przed semaforem, lub bardzo zwolnił podczas przebijania się przez krzaki na Dzielnicy Przemysłowej. No i po co było się tak niektórym kłócić o dworzec przy ulicy Luksemburg ( obecnie Peowiaków ), jak obywatele i tak sobie dobrze radzili w wyskakiwaniu z jadącego pociągu, co bardzo dobrze wpływało na ich kondycję fizyczną . Wtedy nie było tylu rencistów, co obecnie, bo każdy pracownik był wysportowany na skutek codziennych treningów w drodze do pracy. Trzeba przyznać , że pasażerowie z wagonów wysiadali stosunkowo szybko i sprawnie przeskakiwali po torowisku, co było zrozumiane , bo po krótkiej chwili od przyjazdu pociągu dokonano zapowiedzi wjazdu nocnego z Krakowa do Hrubieszowa właśnie na tor 1 . Ewakuacja musiała być ekspresowa, gdyż droga ucieczki miała zostać wkrótce odcięta przez kolejny pociąg. Przed 7 rano w Zamościu robiła się taka ciasnota, że trzeba było wykorzystywać tor 3, który był przewidywany jako odstawczy dla wagonów pasażerskich i nie było przy nim peronu. Przy nasileniu przewozów przyjmowano na niego niektóre pociągi osobowe, ale raczej te pośledniejsze, jak na przykład z Hrubieszowa, którego podróżni byli przyzwyczajeni do ekstremalnych warunków przy opuszczaniu wagonów i nie ociągali się podczas tego procesu.
Po szybkim opróżnieniu się składu z czynnika ludzkiego , odkurzacz ( SP32 ) wydalił się do przodu ,w pobliże nastawni wykonawczej, a na tył pociągu przytwierdził się wibrator ( SM42 ) , który po chwili wyciągnął skład tymczasowo pod nastawnię dysponującą w kierunku wschodnim, ale nie opuszczał toru 3 , tylko sobie tam na końcu wibrował. Docelowo wagony miały być wstawione do tak zwanego parku , ale było to skomplikowane przedsięwzięcie logistyczne, gdyż trzeba było tam dojechać po torze nr 2, który jeszcze przez godzinę był zajęty między innymi przez pociąg do Lublina. Po krótkiej chwili tor 1 zatarasował skład ciągnięty również przez SP32, dosyć długi bo złożony aż z ośmiu wagonów, w tym: bagażowego na początku , dwóch jedynek w środku i pięciu klasy drugiej z przedziałami. . Stacją macierzystą tych pudeł był Hrubieszów. W Zamościu ludzi wysiadło całkiem sporo. Jedni wyglądali na turystów, inni przyjechali do miasta do roboty . Tymczasem, znowu usłyszałem wyraźny ,miły kobiecy głos. „Pociąg osobowy do Stalowej Woli Rozwadowa odjeżdża z toru drugiego przy peronie pierwszym. Życzymy przyjemnej podróży”. Na torze drugim stały dwa , różne pociągi. Daleko od wejścia na peron , na zachód z przodu, przy samym semaforze - skład z rozwadowskim kociołkiem na czele ( SP42 ) i trzema ryflakami ze stacji macierzystej Stalowa Wola Rozwadów ( seria 43 a ), na które w Zamościu mówiło się stodoły, teksasy lub właśnie bonanzy. Drugi skład , bliżej wejścia do peronu to trzy piętrusy. Panie, to do Biłgoraja? spytała się mnie zdezorientowana kobita z dzieckiem. Nie , pani biegnie tam dalej, gdzie stoi ta gruba kierowniczka, wtrącił się przechodzący obok mnie kolejarz. No faktycznie , kierowniczka to był kawał baby widoczny z daleka, niczym latarnia morska na brzegu i pasażerka chyba szybciej zauważyła ją , niż swój pociąg. W każdym razie od razu wiedziała, gdzie ma się udać. Zamość miał tylko jeden peron i stąd takie kombinacje, które nie zawsze rozumieli podróżni. Apropos peronu : wszyscy chyba wiedzą jak on wygląda w Zamościu, więc nie będę go opisywał, bo w tamtym czasie wyglądał tak samo – nie licząc ogromnego żurawia do wodowania parowozów posadowionego na jego wschodnim końcu, po którym od lat ostał się tylko fundament. Obecny kształt terminala pasażerskiego pochodzi z roku 1985, kiedy to dokonała się w Zamościu znaczna przebudowa w tym względzie, m. in. zlikwidowano jeden z torów. Poprzednie rozwiązania funkcjonowały od „przedwojnia” i dlatego przez pewien okres po wybudowaniu peronu obserwowałem w Zamościu taki obrazek: zapowiedź odjazdu pociągu i bieg połączony ze skokiem przez płotki podróżnych z poczekalni. Wszyscy się przyzwyczaili , że od wyjścia z poczekalni wychodziło się na wprost do torów odjazdowych. We wcześniejszym okresie nie było żadnych metalowych barier odgradzających drogę. Natomiast po modernizacji taka trasa wymagała już dobrej kondycji fizycznej . Żeby dostać się na peron po bożemu, trzeba było obejść przeszkodę i przespacerować się kawałek w kierunku wschodnim do wejścia. Za pierwszym razem sam skakałem. Wszyscy: i ci skaczący i ci nie skaczący, rzucali mięsem w co popadnie. Po prostu zabrakło zwykłej informacji którędy wchodzić, jak to na PKP.
Ale w 1989 r. z nowym peronem żeśmy się już zaprzyjaźnili. Tamtego ranka spacerowałem sobie po nim i zamiast poszukiwać wolnego miejsca w swoim pociągu , ( tym piętrowym, znajdującym się bliżej wyjścia na miasto ) rozmyślałem o tajemniczym głosie ogłaszającym przyjazdy i odjazdy na stacji. Ten głos intrygował: był miły , a zarazem bardzo donośny. Zapowiedzi dokonywane były bardzo wyraźnie, a akcent i dykcja wydobywające się z przewodów wręcz nieskazitelne. Któryś z pasażerów zauważył nawet , ze ta pani to mogła by być spikerką w telewizji lub radiu. Po chwili drugi jednak go sprostował: „ nie na bank do telewizji, a może i do teatru”. Akurat dyżurna zapowiedziała odjazd pociągu z Krakowa do Hrubieszowa, by po chwili wyjść na peron i go osobiście odprawić. Na peronie pojawiła się oto posiadaczka niezwykłych strun głosowych, która reprezentowała swoim wyglądem równie niepospolitą urodę kobiecą. Szczupła brunetka z długimi włosami , ubrana w obcisły mundurek z czapką z daszkiem i lizakiem. LALKA! Krzyknął za nią, któryś z kolegów. Jak to miło ujrzeć nad ranem twoją śliczną buźkę! Oj , nad ranem już nie taką śliczną, odparła peronowa bez namysłu, unosząc z wysiłkiem ciężki lizak ku górze. Po chwili pociąg odjechał , a pomiędzy okupującą wejście do piętrusa męską częścią pasażerów , co prawda troszeczkę już klapniętą w latach, ale nie całkiem jeszcze leciwą - gwałtownie zawrzało. Poszukiwane były źródła takiego, a nie innego pseudonimu nadanego dyżurnej ruchu. „Pan widział , jaki miała wyzywający makijaż, zauważył jeden z eroto- weteranów, to pewnie dlatego”. Postanawiam się włączyć, uprawniony niejako ze względu na swój dosyć młody wtedy jeszcze wiek i zbadać to organoleptycznie . Atrakcyjna spikerka jednak momentalnie odwróciła się na pięcie i energicznym krokiem znikła mi z pola widzenia, pozostawiając za sobą tylko zmysłowy zapach perfum. Tymczasem napięcie w środku wagonu wzrosło. „Ale garnitur , to musi mieć szyty na miarę? A co tam, nie widział pan jaki ciasny. Na pewno służbowy! Ale na kolei nie kupuje się butów z takim obcasem”. Niewielkie szarpnięcie i do składu przyssała się „Zemsta Ceausescu” , czyli SP32 i to ta sama, która przyprowadziła pociąg z Hrubieszowa. „Proszę państwa – włączyłem się : jak będzie odjazd to dyżurna jeszcze wyjdzie na peron”. Na te słowa zgromadzone ( bez urazy ) dziadostwo ożywiło się gwałtownie. Niektórzy zajęli miejsca na dolnym pokładzie skąd zamierzali dokonać pomiaru wysokości obcasów w celu kwalifikacji źródła finansowania zakupu , tj. czy to obuwie służbowe, czy też prywatne? Pozostali ulokowali się na górnym poziomie gdzie planowali zbadać grubość nałożonego podkładu oraz ocenić szerokość strun głosowych. Oczywiście wszyscy byli ekspertami w swojej dziedzinie.... Umalowana! Niemalowana! Służbowe! Prywatne! Ludzie, a czy wy już się nie macie o co kłócić , wtrącił się konduktor.
Tymczasem, zbliżała się godzina odjazdu naszego pociągu. W sumie prawda była taka , ze od odjazdu pociągu do Rozwadowa ( 6.22 ) upłynęła wtedy równo godzina, ale dyskusja w wagonie na temat urzędowej garderoby była tak wciągająca, że aż zniekształciła percepcję upływu czasu. Po chwili dał się usłyszeć charakterystyczny gong i do rozpalonych samczych uszu dotarła zapowiedź przyjazdu pociągu z Bełżca na tor 1 i odjazdu pociągu do Lublina przez Zawadę z toru 2 - dokonana przez .....ochrypły staromęski głos. Niestety , w swoim kalkulacjach nie przewidziałem , że o godzinie 7 , skończyła się zmiana i służbę przy mikrofonie objęła inna osoba. Speszony, czym prędzej przemieściłem się do początkowego wagonu, zaraz za lokomotywą. Wydawało mi się , że będzie tam znacznie spokojniej, niż w tylnej części pociągu. Górny pokład objęły w posiadanie dzieci i młodzież, a na dolnym rozsiadły się stare babki z wiadrami i koszami. Niestety , moje miłe samopoczucie zostało w ekspresowym tempie oderotyzowane przez tę samą tęgą mydelnicę , która wcześniej stała w dalszej części peronu i okazała się w sumie być kierowniczką naszego pociągu, a nie tego do Rozwadowa. „No siądzie pan w końcu na ławce , czy nie! Pan to ma chyba robaki w tyłku. I proszę nie wyglądać przez okno, bo jeszcze pan wypadnie”. Ponadto zostałem posądzony o wskakiwanie do pociągu w biegu i na nic zdały się moje tłumaczenia, że to nie ja. „Jak ja mówię , to ja gadam!”. Uniosło się babsko, świdrując mnie jednocześnie ogromnymi ciemnymi oczami, jak u bazyliszka. „Dupę zabieraj”! Uratował moją skórę siedzący po drugiej stronie przejścia , jak mniemam - jakiś jej znajomy. Faktycznie , tylna część ciała konduktorskiego przekroczyła znacznie skrajnię korytarza i ten człowiek o mały włos nie został poszkodowany na skutek wypchnięcia końcówką kierowniczki przez okno. Rozsierdzona kwoka rozkraczyła się w końcu na dwóch siedzeniach na raz i zaczęła wpylać pokrojone na kawałki jabłka, znajdujące się w reklamówce, pomagając sobie przy tym nożem. A do sąsiada obok nie odzywała się wcale. Ulokowałem się grzecznie na swojej miejscówce i cierpliwie czekałem do najbliższej stacji, gdzie mogłem opuścić te niegościnne progi. Ta to musi mieć dopiero szyte na miarę uniformy, pomyślałem. Cholera, akurat mi się taka polodowcowa flądra musiała przytrafić ! Wywłok jakich mało.
Zacząłem rozglądać się za znajomymi, ale , jak na złość nikogo nie zauważyłem w pobliżu. Pociągiem o 7.20 jeździł w tym okresie cały Zamość. Tylko niewielka grupa podróżnych udawała się w kierunku Lublina. Większość jechała raptem do Zawady, skąd po przesiadce kierowała się na Roztocze. Popularną stacją w tamtych latach był Susiec, gdzie pielgrzymowały zarówno grupy zorganizowane ( modne miejsce na wycieczki szkolne ) , jak i turyści indywidualni. Z kolei do Długiego Kątu i Józefowa Roztoczańskiego waliło się masowo na grzyby i jagody. Zwierzyniec w tamtym okresie nie był tak modną miejscowością turystyczną, jak obecnie i raczej przyjeżdżali tam turyści z Polski.
Podróż do Zawady upłynęła w skupieniu. Niektórzy współpasażerowie jeszcze sobie trochę drzemali. Energiczny skręt na łuku , podrzuty na rozjazdach, facet falujący chorągiewką przed pakamerą i walentyna ( SM48 ) na sąsiednim torze - obwieściły łącznie zakończenie mojego pierwszego podboju. Po długiej prostej pociąg zatrzymał się kawałeczek za budynkiem dworca, po czym królowa wagonu wygramoliła się leniwie ze swojego tronu i udała się na zewnątrz. Ruszyłem za nią , zachowując oczywiście wymagany przepisami kolejowymi odstęp od ewentualnej przeszkody na trasie przebiegu. Większość delikwentów nie zamierzała opuszczać wnętrza. Dziwne, pomyślałem, biorąc pod uwagę znane mi potoki podróżnych. Teoretycznie pociąg do Bełżca powinien już stać, ale praktycznie go nie było.
W Zawadzie, jak to u mnie w domu się mawiało – pociąg do Lublina został odwrócony. W praktyce sprowadzało się to do tego , ze lokomotywa dokonywała oblotu składu i podczepiała się z drugiej strony wagonów w kierunku do Rejowca , a gdy pociąg ruszył , to przez krótki odcinek jechał nawet po tym samym torze , po którym przyjechał z Zamościa, co większość lubelsko – warszawskich pasażerów doprowadzało do szewskiej pasji, połączonej niejednokrotnie z rzucaniem antykomplementami w kierunku szyn. Piętrusy były zapełnione prawie w całości pasażerami , którzy siedzieli grzecznie na swoich miejscach, jednak wyraźnie czymś pobudzeni. Niektórzy tylko przeprowadzali zabieg dokarmiania raka na stopniach. Napięcie w atmosferze rosło. Postanowiłem rozejrzeć się trochę po stacji. Dworzec ,mimo rzucającej się w oczy ciasnoty sprawiał przyjemne wrażenie i wyglądał estetycznie. Drewniany niewielki parterowy budynek pomalowany na ciemno - żółty kolor został wybudowany w czasach okupacji przez Niemców. Niektóre detale, w tym drzwi i deski na rogach były brązowe. Na środku dachu przyczepiona była duża lampa oraz biała tablica z nazwą stacji wysmarowaną grubą czarną flamą. Był oczywiście zegar dworcowy, typowy dla tamtego okresu. Zwracał uwagę stary, chyba jeszcze wojenny aparat telefoniczny na korbę zawieszony do ściany bocznej od strony zachodniej. Przyczepiona była pod spodem tabliczka z dużym czarnym T, co oznaczało, że to był telefon służbowy. Nigdy nie widziałem, żeby go ktoś używał, po prostu sobie tak wisiał, ale fajny był sam w sobie. Po dwóch – trzech latach już go nie było. Czyżby ktoś go buchnął? Schronienie przed słońcem i deszczem znaleźć można było pod niewielkim zadaszeniem , taką mini werandą, przylegającą prawie , że bezpośrednio do torów stacyjnych. Stały tam typowe, kolejowe drewniane ławki, na których zwykle rezydowali oczekujący na przesiadkę. Taki lokalny terminal tranzytowy: „Pod okapem” . Ja je traktowałem , jako lożę honorową , bo można było w skupieniu obserwować odgrywające się na torach przedstawienia artystyczne. Niestety, tamtego ranka koczowała na nich lubelska kierowniczka, z zaślinionymi klakierami po bokach, co groziło totalną klapą. Na bisa nie miałem ochoty. Wolałem schować się za kulisy.
Na krużganku znajdowało się wejście do poczekalni lub do lekko wysuniętej do przodu części przeznaczonej dla zawiadowcy i dyżurnego ruchu, gdzie znajdowała się nastawnia dysponująca , skąd wystawało sporo żelastwa: pulpity i inne machiny. Ten złom zakrywał doszczętnie pomieszczenia służbowe , które były umieszczone za nim w ten sposób, że nigdy nie było widać, co w nich się właściwie dzieje. Swoiste serce stacji. Z kolei poczekalnia była jak na całość budowli bardzo wielka, ponieważ jej powierzchnia stanowiła na oko połowę ogółu. Pomieszczenie było dosyć niskie i pierwszemu wrażeniu po przekroczeniu jego wysokich progów towarzyszyło uczucie tajemniczości. Pachniało tam tak specyficznie, ani ładnie , ani brzydko, trudno mi określić ten zapach, no tak po zawadzku. Ład i porządek utrzymany był jednak na przyzwoitym poziomie. Przeraźliwie skrzypiące deski stawiały na baczność całe towarzystwo znajdujące się akurat w środku. Rozkład jazdy, który wisiał na północnej ścianie był tak ogromny, że prawie całą ją zasłaniał. . Za rozkładem była jakaś niewielka pakamera , zamknięta zawsze na cztery spusty i nie wiem co tam było. W poczekalni zawsze było ciemno, szczególnie w dzień, ale i w nocy też, więc panowała tam swoista intymność , niczym w lokalu uciech towarzyskich. Za dnia niewielkie porcje energii słonecznej przebijały się przez cztery małe , wysokie , trójdzielne w poprzek okienka , umiejscowione na ścianie wschodniej od wejścia ze strony torów. Na szybach wyeksponowana była spora entomologiczna kolekcja zasuszonych różnych gatunków much, błonkówek, i innych insektów. Zabezpieczone one były szczelnie grubymi firankami, które znacznie tłumiły promienie ultrafioletowe i przepuszczały tyle światłości - ile akurat było potrzeba w celu nabycia biletów przejazdowych. Znajdujące się w pobliżu źródła energii otwory kasowe były dwa , z czego tylko jeden czynny. W tylnych czeluściach panował półmrok. Boczne ściany pozbawione były okien, bo przylegały do nich jeszcze inne pomieszczenia , z kolei z tyłu jakieś otwory były, ale zasłonięte szczelnie lub zabite. W nocy zapalano żarówkę, ale bardzo energooszczędną, z korzyścią zarówno dla gospodarki narodowej, jak i samopoczucia znużonej klienteli. Ogrzewanie zimą zapewniał piec węglowy, znajdujący się obok okienka kasowego , wystający na środku zachodniej ściany . Za nim była bardzo fajna skrytka , można powiedzieć: komnata dla vipów, z aneksem sypialnym. Bezpośrednio do pieca przylegała ławka, a człowiek był nim osłonięty od pozostałej części pomieszczenia, co pozwalało drzemać w cieple w zimie, w półmroku na niej. O ile dobrze pamiętam było tam chyba jeszcze jakieś okienko bagażowe, ale nigdy nie czynne. Na pewno ciemno było jak w tylnej części osobnika zamieszkującego ciepłe kraje.
Przemieszczanie się po podłodze wymagało , pewnych umiejętności i sporej porcji delikatności, w przeciwnym wypadku trzeba było zaliczyć nauki pozamałżeńskie w obrządku łacińskim z dedykacją , straszącej tutaj biednych ludzi ...PANI. Niekoronowaną władczynią tego przybytku była jedna z kasjerek o kubaturze zbliżonej do kierowniczki piętrusów, z ogromnymi buforami na przodku. Indywiduum bardzo indywidualne, udzielające niekończących się reprymend wszelkim intruzom, odważającym się zakłócać błogi spokój tych wnętrz, niczym biała dama na zamku w Kryłowie . Na całe szczęście w pomieszczeniu kasowym rezydowała od święta, gdyż miała zwyczaj przeprowadzać konferencje z kolejarzami przebywającymi w częściach służbowych stacji, gdzie przecież był zawiadowca i chyba jakaś dyspozytura, no bo kilku chłopów tam zawsze urzędowało. W celu przywabienia jej do stanowiska pracy trzeba było stosować różne przebiegłe fortele, a to pukać w parapet, a to wydzierać się czy nawet zachodzić od tyłu osobiście. Po takim przywołaniu stawała się jednak rozjuszona niczym pajęczyca przed kopulacją i traktowała biednego petenta dosłownie jak insekta wysysając psychicznie wszelkie życiodajne soki z niego. „No szybko, jak w Wielkiej Grze ( popularny telewizyjny teleturniej w tamtych czasach ) . A nie Pan się zastanawia, o której chce jechać!” . Akurat tamtego pamiętnego dnia jej nie było, a ja i tak miałem bilet zakupiony do samego Bełżca, więc nie przeżywałem wcale emocji związanych z obcowaniem przy okienku tortur. Ale co się nasłuchałem innymi razy , to moje. Na przykład, któregoś dnia rzeczona kasjerka stwierdziła, że nie będzie wypisywała kilku biletów blankietowych, tylko wystawi jeden dla wszystkich podróżnych stojących w kolejce. Po czym zarządziła zrzutę od kolektywu i wyznaczyła nawet podkasjera do tego celu. Doszło do awantury . No ja też bym protestował, bo ówcześni konduktorzy nie byli przyzwyczajeni do takich wniosków racjonalizatorskich. „Przecież my jedziemy oddzielnie”! Wszczęła brewerie zakonnica stojąca w ogonku. „A kto wam broni jechać razem”, odwarknęła kasjerka. „Proszę się zintegrować!”. W efekcie skończyło się na maksymalnie podwójnych biletach, a do większego grupowego trailowania nie doszło, a szkoda, bo towarzystwo było dosyć zróżnicowane. Bileterka przecież musiała sobie jakoś uproszczać niewdzięczną służbę. Innego razu wydzierała się na klientów, że może się przez nich omylić w rachunkach. W pewnym momencie gwałtownie wytoczyła się z kasy i objawiła się w drzwiach poczekalni niczym zjawa na baszcie , po czym oznajmiła donośnie: „I oczywiście się pomyliłam!”. Na szczęście do rękoczynów nie doszło, chociaż datownikiem to potrafiła walić jakby schab na kotlety tłukła. Miałem śmieszną przygodę z inną kasjerką z Zawady. Wysiadłem z pociągu z Zamościa i chciałem kupić bilet do Zwierzyńca. „Nie mogę panu sprzedać tego biletu.” Odpowiedziała mi kasjerka. „Dlaczego?” Zapytałem. „Bo ten pociąg zaraz odjedzie. No to ja wiem, że odjedzie i dlatego chce kupić bilet. Proszę pana, w instrukcji mam napisane, że nie można sprzedać biletu na 5 minut przed odjazdem pociągu. A w tej chwili mamy nawet tylko cztery. O niech pan spojrzy na zegar”. No faktycznie miała rację: przepisy rzecz święta , ale kiepska sprawa bo mi się wtedy śpieszyło, kolejny pociąg był za trzy godziny, a u konduktora trzeba by uiścić dopłatę. Nagle mnie oświeciło. „A na następny pociąg może mi pani sprzedać bilet? Ależ oczywiście proszę bardzo”. Po czym przystąpiła do wypisywania, zapłaciłem, a wsiadłem oczywiście do tego , którym zamierzałem od początku jechać. „Podróżny pamiętaj: jadąc pociągiem skracasz czas przejazdu koleją!” S. Bareja.
Ale oprócz minusów były też pewne plusy. Niewielkie okienko kasowe było tak skonstruowane, że gdy się stanęło przed wizjerem, to nie widząc twarzy sprzedawczyni, można było podziwiać jej biusthalter, profilaktycznie oddzielony od publiczności solidną żelazną kratą. Taka ruska seks - kabina. Kojarzyła mi się z pierwszym lokalem ze striptizem otworzonym uroczyście w końcu lat siedemdziesiątych w Związku Radzieckim . Na początku waliły doń tłumy: towarzysze, kombatanci, pionierzy, przodownicy, delegacje, przemówienia ,odczyty.... Po kilku tygodniach zrobiło się pusto. Interes przestał się kręcić. Breżniew wezwał kierownika jednostki i zażądał wyjaśnień. No tak towarzyszu sekretarzu, otworzyliśmy lokal w centrum miasta, wszędzie blisko, nie muszą jeździć do Polski do podejrzanych spelun tylko pod nosem mają , a w środku : ekskluzywne warunki, najnowocześniejsze wyposażenie , szatnie, wygodne fotele, stoły uginają się od przystawek, kawior i szampan bez ograniczeń, najlepszą orkiestrę zatrudniliśmy i bardzo tanio bierzemy , tylko 5 rubli od osoby, a towarzyszka striptizerka….toż ona Lenina znała, zasłużona działaczka rewolucji październikowej!
Przypomniała mi się historia z pewnym moim kolegą, który nie był co prawda miłośnikiem kolei , ale jeździł czasami ze mną do Zawady dla towarzystwa. Oznajmił mi kiedyś, że wracając jakimś rannym pociągiem chyba z Warszawy w trochę już podpitej kompanii - zaobserwował w Zawadzie strasznie piersiastą dziewczynę sprzedającą bilety. Tak mi naopowiadał, że pomyślałem sobie, iż pewnie przyjęli praktykantkę - co sprowokowało mnie , żeby tam się wybrać razem z nim , by przeprowadzić ekspertyzę na miejscu. Pamiętam jak dziś , że jechaliśmy pociągiem do Kędzierzyna ciągniętym jeszcze przez parowóz, ale najśmieszniej zrobiło się w poczekalni, bo: szału nie było! Okazało się, że zdybaliśmy tam właśnie tę sławną Herod babę. „To ona!” Wrzasnąłem na niego, myśląc , że może inna była rano na służbie. „Ta sama” Odparł z rezygnacją. „Tylko rano byłem strasznie pijany i męcząca podróż dawała się we znaki.” Wyszeptał strasznie cicho, ale tamta chyba usłyszała , bo oberwało nam się okropnie za to, że kupiliśmy oddzielne bilety i musiała dwa blankiety wypisywać. Prawdę mówiąc: raz a dobrze wybiła jemu takie głupoty z głowy i więcej nie chciał już ze mną jeździć do Zawady. Ja tam się tylko troszeczkę pochichotałem z niego pod nosem, gdyż znana mi już wtedy była podstawowa zasada współżycia damsko-męskiego, że: nie ma nieatrakcyjnych kobiet, zależy tylko ile wódki się wypije. Ja tam bym tyle nie potrafił.
Do składu lubelskiego przypięta już była lokomotywa od właściwej strony, mało tego zbliżała się godzina jego odjazdu. A pociąg do Bełżca ciągle nie nadjeżdżał, blokując jednotorową magistralę rejowiecką. Wychodziło , że miał już kilkunastominutowe opóźnienie. Obok budynku dworca na skwerze czynny był kiosk ruchu, który pełnił także funkcje mini bufetu, gdyż można było tam nabyć rozmaite wiktuały niezbędne w podróży . Przybytek ten był otwarty od wczesnego ranka do późnego wieczora i dobrze spełniał swoje zadanie. Gdy tak się pałętałem po okolicy , powietrze przeszył dziwny dźwięk, który co prawda na początku przypominał dworcowy gong z Zamościa, ale potem stawał się coraz bardziej ochrypły, następnie - sprawiał wrażenie ,jakby ktoś usiłował pociągać grzebykiem o piłę, po czym rozpływał się w powietrzu, a nie urwał nagle. Jak można tak fałszować na pile, pomyślałem. Dalszy ciąg wyglądał mniej więcej tak: „hhhhh… łooosobowy z Warszawyyyy, immmm, jeżdża na tor przy peeeeronieeee,...druuugiiiiiiimmm!!! hhhhhhhh- łup!”,. Na pewno to był męski gardłowy odgłos . Preludium wystękane zostało bardzo szybko , facet ostro dawał po drutach, rozwinięcie zrobił na przydechu - z intymnym półszeptem , zaś finałowy „peron drugi ” wygęgany został z pewnym , szczególnym namaszczeniem w tym całym charczeniu , że aż mnie zaintrygował . Peron, nie spiker. O dziwo, niczego takiego nie stwierdziłem w okolicy. Nie widać było nawet peronu pierwszego, a co dopiero mówić o drugim? Na pasażerów siedzących wewnątrz piętrusów ten bełkot podziałał jednak jak przysłowiowa płachta na byka. Rzucili się do drzwi i grzecznie zaczęli się ustawiać z dwóch stron drugiego toru znajdującego się bliżej budynku dworca. Międzytorze wyłożone było długimi płytami - formami betonowymi, pobielonymi na brzegach na biało. Jak mnie oświecił niegdyś jeden z kolejarzy: robiły one właśnie za peron i chociaż nie było tam żadnego piktogramu czy tabliczki, wszyscy podróżni mieli w paluszku tutejszą skomplikowaną numerologię i bezbłędnie przystąpili do procedury przesiadania. Płyty było bardzo wąskie, aż strach było tam stać , gdy nadjeżdżał pociąg i dlatego pewnie były tak sygnalizacyjnie wymalowane, żeby było widać , gdzie nie warto ładować nóg lub jak ułożyć głowę, gdy któryś zechciał popełnić samobójstwo. Powiem wam w tajemnicy, że formalnie peronów w Zawadzie było aż trzy, w porywach cztery. Pierwszy , przy budynku dworca przypominał chodnik i wyłożony był z dosyć niewielkich betonowych płytek. To po prostu był zwykły chodnik, ale zaklasyfikowany został w innym paragrafie użyteczności, jak to się mówi: przez zasiedzenie, a raczej zachodzenie. Można było zarazem i spacerować po nim i wsiadać z niego do pociągu. Był też najszerszy, ze wszystkich peronów. Przylegający do niego tor jednak rzadko używano i w praktyce robił za dalszą część peronu – tego chodnika. Drugi peron, wcześniej opisany , sprawiał solidniejsze wrażenie , był najdłuższy ze wszystkich , ale za to najwęższy i troszkę się zapadał. Wymagał on od stojącego na nim pewnego doświadczenia w turystyce górskiej, w przeciwnym wypadku stanie nań groziło skróceniem o stopę. Za to odprawiano przy nim najdłuższe pociągi. Następnie, przed torem na którym stał wtedy pociąg do Lublina, międzytorze usypane było jakimś żwirem, a jego brzegi były obłożone niewielkimi krawężnikami pobilelonymi wapnem. Był to peron trzeci, najkrótszy ze wszystkich, ale za to znacznie szerszy od drugiego i niewiele węższy od pierwszego. A jeszcze przed kolejnym torem był peron czwarty, który wyglądał jak..... zwykłe klepisko porosłe chwastami. Nie było tam żadnych elementów ułatwiających wsiadanie i wysiadanie tylko zielnik z przyrodniczymi okazami odpornymi na deptanie , ale przecież długotrwała propaganda megafonowa mogła skutecznie pobudzić wyobraźnię pasażerów , że tam jednak jest peron . Kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą. Dzięki takim zabiegom dyplomatycznym: Zawada to była dopiero stacja - porównywalna do Warszawy , bo z czterema peronami , na dodatek każdym innym. Nie to co Zamość.
Tymczasem prawie wszyscy podróżni zgromadzili się na peronie drugim ustawieni w szpalerze, jeden obok drugiego a , że oczekujących było naprawdę sporo, niektórzy usiłowali okupować nieprzepisowo peron trzeci, a nawet pierwszy , skąd byli zapędzani na właściwy posterunek przez służby porządkowe. Porządek musiał być . Obstawę stanowili sokiści z psami , a było ich tylu , jakby tym pociągiem mieli kibice Legi przyjechać. Co prawda w 1989 r. na meczach bywało jeszcze spokojnie, ale poniedługo pojawiły już się pierwsze burdy. „Pani zrozumiała co powiedział przez megafon” Spytałem jedną taką znieboszczałą , którą kojarzyłem z pociągu z Zamościa. „No pewnie: Orient Ekspress z Warszawy jedzie , do Bełżca”. Rozrechotała się diabelsko. Po chwili pomiędzy nas stojących z łoskotem wtoczył się długi skład z maszyną serii SP32 na czele. Ciarki mi przeszły, włos mi się zjeżył, serce mi łup - kiedy wagony stanęły u mych stóp. Na większości osób - wjazd nie wywarł najmniejszego wrażenia, bo byli już porządnie zaprawieni w boju. Towarzystwo miało inne zmartwienia . Natychmiast zaczęło energicznie się gramolić , zwłaszcza do wagonów znajdujących się na przedzie. Zanim wszyscy się tam wczołgali, a było wysoko, bo niby peron nie ułatwiał tego specjalnie – pociąg został podzielony na dwie nierówne części. Trzy pierwsze wagony za lokomotywą, dwie dwójki i jedynka w środku stanowiły skład, którym miałem odbyć dalszą część podróży. Dalsze : dwójka, jedynka, dwójka, bagażowy i pocztowy – udawały się w przeciwną stronę do Hrubieszowa. Wszystkie , jak na dalekobieżną rzeźnie w tamtych czasach przystało, były przedziałowe. Stacją macierzystą pudeł oprócz lubelskiego pocztowego był Hrubieszów. Na kilku wyraźnych dużych tablicach wysmarowana była grubą czarną czcionką relacja pociągu , z ważniejszymi stacjami pośrednimi, a całość przekreślona na ukos granatową kreską. Nawet estetycznie to wyglądało, jak na Roztocze Ekspres przystało. Chwilę po wjeździe pociągu z Warszawy , odjechał pociąg do Lublina , z krewką kierowniczką na pokładzie , a do części składu hrubieszowskiego zaczęła podczepiać się jakaś kolejna SP32, których pełno wtedy było na szopie w Bortatyczach. W obydwu pociągach z Warszawy było sporo podróżnych, lecz mój skład do Bełżca , był tak zatłoczony, że musiałem zadowolić się miejscem stojącym na korytarzu, który usytuowany był w ten sposób, ze można było obserwować budynek stacji i plac dworcowy. Starszyzna usiłowała rozlokować się w przedziałach, gdzie były tylko pojedyńcze miejsca. Większość pasażerów jadących od Rejowca jeszcze spała na siedzeniach i stawała się rozdrażniona, kiedy . ktoś usiłował zająć wolne miejsce , a co za tym idzie - zmusić ich do zmiany pozycji leżącej, na siedzącą. Z tych powodów rozbudzona została grupa studentów okupujących przedział w pobliżu, którego stałem nad oknem. „Czy w tym przedziale są dżentelmeni”? Spytała leciwa tortownica z tobołami, która udawała znacznie młodszą , niż była w rzeczywistości . Miała na głowie włosy ułożone na kształt naczynia służącego do ekspozycji wyrobów cukierniczych na przyjęciach. „Dżentelmeni są, miejsc nie ma” – usłyszałem głos ze środka. Tortownica kłapnęła drzwiami i poszła szukać frajerów dalej. Towarzystwo dobrało się wcale nieprzyjemne , trzeba się było tylko na początek z nimi otrzaskać trochę , a potem już wystarczyło słuchać. Wykład gentelmenów ,połączony z ćwiczeniami ich asystentek był elektryzujący. „O Nevada! Nevada!”. Dwie dziewczyny ,które chyba pierwszy raz były w tych stronach , z niedowierzaniem dopytywały się towarzyszących im młodzieńców , czy pomalowany na żółto niewielki budyneczek dworca, oby na pewno nim był. „A to nie jest z tyłu tej wielgaśnej daczy, tamta kamienica? To długo stoimy?”. „W Zawadzie zawsze się stoi , to takie bramy do raju” Odparł im kolega. Ów młody człowiek , z wyglądu całkiem wylajtowany niewyczesaniec , postanowił wykorzystać nadarzająca się okazję i zabłyszczeć w towarzystwie . Natychmiast zaczął się przechwalać znawstwem procedury transportowej przed swoimi kumpelami. „Najpierw musi przyjść młotkowy. O patrzcie już idzie! Zobaczcie, że nawet jak nie stuka narzędziem, tylko normalnie się przemieszcza, to kuca - taki nawyk”. Rewident , rzeczywiście co parę kroków , robił niewielkie prysiudy, jakby nabawił się przykurczów od ciągłego schylania się pod wagonami. Sam był dosyć niewielkich rozmiarów i sunął się tak ogólnie sennie, kiwając się na dodatek w obie strony jak kaczka. Jego procesja z młoteczkiem spowodowała oczywiście wybuch spazmatycznego śmiechu pośród stojącej przy oknie gawiedzi. Po chwili ekspert kontynuował wykład. „A teraz będą zapowiedzi”. I faktycznie dźwięk: immmm... i znane mi : „blebleble....z peronuuu druuuugiegoooo” wprawiło wszystkich w jeszcze weselszy nastrój. „A to ktoś zrozumiał co on powiedział?” Dopytywała się jego znajoma. „Chyba nikt i dlatego teraz wyszedł ze środka i zaczął machać patelnią”. Wyjaśnił jej znawca. „A z przodu stoi chyba konduktor i merda jakąś chorągiewką”. Zauważyła ta sama koleżanka. „I co tak będą naginać do siebie?” Dopytywała. Przyszły magister od kolejnictwa po znacznym wychyleniu się przez okno stwierdził , że...”Hitler gdzieś wyszedł” , co oznaczało, że w lokomotywie chyba nie ma maszynisty, za to pod drzewem stoją „czterej pancerni i pies”, jak to ujął. Wszyscy, którzy to słyszeli , momentalnie skierowali wzrok w tamto miejsce, ale czym prędzej oczy spuścili, ponieważ rezydowała tam grupa miejscowych sokistów , faktycznie ze służbowym owczarkiem włącznie. „Maszynista poszedł się odlać za lokomotywę!”. Wykrzyknęła donośnym głosem druga dziewczyna , która wcześniej z obojętnością przysłuchiwała się kolejowym konwersacjom towarzyszy i ożywiła się gwałtownie dopiero, kiedy wyjrzała przez okno z drugiej strony pociągu. „A skąd wiesz, że to był on?” Dopytywał się kolega. „Bo miał żurawia.” Odpowiedziała z uśmiechem. W pewnym momencie wybuchło gwałtowne zamieszanie przed dworcem : ktoś zaczął niemiłosiernie wrzeszczeć, przywołując wszystko na czym świat stoi. „No co tak kurwa wachlujesz! Jedźcie już do jasnej cholery! Ileż będziecie stać!” Okazało się , ze to dyżurny ruchu tak ryczał , do tego konduktora, który filował na początku składu i niewiadomo po co wywijał piruety i salta kawałkiem szmaty, czy papieru, jakby kodował coś Morsem. Następnie, pomiędzy obydwoma funkcjonariuszami doszło do znacznej wymiany wyrazów. Esperantem takim rzucali, że aż mi uszy spuchły , chociaż z drugiej strony rezydujące obok mnie studentki – wszak osoby wielce kształcone , stwierdziły , że i tak to lepiej brzmiało , niż bełkot z głośników, bo przynajmniej można było wszystko zrozumieć. A pociąg jak stał, tak stał – niewiadomo czemu. Zupełna obstrukcja . Nagle , nasz zamaskowany pod firanką sufler zakwiczał radośnie: „no teraz już ruszamy!” . I faktycznie zaczęła się ostra jazda , a startowaliśmy chyba z pół godzinnym chyba opóźnieniem. „A skąd wiedziałeś?” Przesłuchiwali go pozostali. „Jak sobie pojeździcie tędy tyle razy co ja, to też będziecie rozumieli co i jak”. I jeszcze powiedział coś bardzo wzniosłego , po czym wszedł do przedziału i kłapnął drzwiami. Byłem zdezorientowany przez to całe zamieszanie i sam nie wiedziałem skąd to opóźnienie – chyba na kogoś czekali. Pomyślałem sobie tylko, że jaki to musiał być zdolny człowiek z tego studenta, bo tak precyzyjnie wszystko przewidział. Może na KUL-u się kształcił, skoro taki kulejorz z niego. Z kolei jego koleżanki na KUL-wy nie wyglądały, więc pewnie z politechniki wracają.
Odkurzacz piłował jak odrzutować , więc prędkość mieliśmy zadowalającą. Niestety, podziwianie krajobrazów nie należało do zajęć przyjemnych, ponieważ bez przerwy ktoś się kręcił po korytarzu. Szczególnie we znaki dawała się grupa skautów , którzy wiecznie się przemieszczali bez celu, w te i z powrotem. Doprowadzali mnie tym do takiego stanu , że miałem ochotę, któregoś złapać i cisnąć nim przez okno. Zamiarowi temu towarzyszyły też pewne wulgarne wyrazy fruwające mi nad globusem. Mówiąc elegancko : defenestrować z pociągu chciałem tych wszystkich zuchów wtedy. A o wszelkich formacjach zrzeszających młodzież, posiadających w naszym kraju wieloletnie historyczne tradycje rozmyślałem , nie mniej nieelegancko.
W Niedzieliskach pociąg zatrzymał się w krzakach, gdzie wysiadły raptem 2 – 3 osoby. Można powiedzieć: „stacja bez”, bo pełno tego tam rosło, a między chaszczami stała ławka. Obok niej, pomiędzy polami z kukurydzą i ziemniakami , biegła ścieżka, prowadząca do osady, po której wszyscy sobie poszli. Z ogromnego peronu nikt nie skorzystał i zawsze tamtędy ludzie dreptali. Wbrew pozorom dalej na zachód był niewielki budyneczek, zamieszkały przez jakąś rodzinę i otwarta była całkiem duża poczekalnia dla podróżnych. Kasy brak. Ale kiedyś chyba była.
W Klemensowie manewrowała cukrownicza SM30 na bocznicy. Stacja niewiele się różniła od obecnego jej wyglądu, z tym, że niewielki drewniany budyneczek, zbliżony architekturą do tego z Zawady, nie był taką ruderą , jak jest obecnie. Mieściły tam się pomieszczenia zawiadowcy i poczekalnia. Kasjerka , w przeciwieństwie do znanych mi innych przedstawicielek swojej profesji- istna ślicznotka i strojnisia , do łatwych niestety nie należała. Na każde pytanie miała zawsze jedną odpowiedź. O której odjedzie pociąg do Zamościa? „Proszę czytać tabliczki”. Ile kosztuje bilet? „Proszę czytać tabliczki”. I tak w kółko.
Ruch w wagonie zrobił się , jak na Marszałkowskiej w Warszawie w południe, więc wkurzony zacząłem się przemieszczać, żeby innym też dokuczać. Na stacji w Szczebrzeszynie była przystojna dyżurna ruchu. Sam bym jej pewnie nie zauważył w tym tumulcie, ale podczas przeciskania się po korytarzu , natknąłem się na znajomą grupę starszych panów poznaną w Zamościu, którzy okupowali jeden z przedziałów , grając tam w karty, po czym gwałtownie przerwali zawody i wymieniwszy się epitetami zaczęli głośno kogoś odchrząkiwać przez okno . Sygnał odjazdu pociągu zapodała nieduża blondynka z krótkimi włosami, drobniejszej budowy niż ta w Zamościu, raczej filigranowa. Zastanawiałem się też, jakim cudem oni ją wypatrzyli, chyba, że jak tamten student jeździli często i wiedzieli , kto, gdzie i jak. Kiedy pociąg ruszył w drogę, panowie z ochotą powrócili do gry w : „Historyczny Upadek Japonii”. A mój organizm zaczął domagać się od mojego umysłu zajęcia miejsca siedzącego. Przejeżdżając przez terminal w Szczebrzeszynie można było zauważyć dużo starych wagonów, w tym szczątki boczniaka przed Żurawnicą, ale sam terminal był wtedy mało używany. Korzystając z okazji, że na przystanku w Zwierzyńcu wysiadło trochę osób, dosiadłem się do jednego przedziału w którym znajdowała się tylko dystyngowana kobieta na oko około pięćdziesiątki ubrana raczej tak urzędowo: w białą bluzkę i czarną spódnicę. „Proszę niech pan siada, właśnie Warszawa stąd wysiadła” – uśmiechnęła się i od razu zauważyłem brak jednego zęba i to jedynki, co mi całkowicie nie przeszkadzało, ale jakoś tak od razu rzucało się w oczy. Po chwili dowiedziałem się, że ta dama ma jeszcze więcej felerów. Przede wszystkim morda jej się nie zamykała nawet przez chwilę, a ponadto posiadała: trzy nowotwory, ślepą kiszkę, krzywy kręgosłup, paraliż nogi, żylaki, hemoroidy, astygmatyzm, zaburzenia błędnika, nerwicę, niedosłyszała i jeszcze coś z nerkami. Gdy dojeżdżaliśmy do Józefowa Roztoczańskiego ujawniać już zaczęła przypadłości typowo kobiece, które wyliczała z zapartym tchem nie zwracając uwagi na moją totalną bladość i kiepskie ogólne samopoczucie. Na szczęście po piętnastominutowej mordędze, pociąg zatrzymał się na stacji i prawie już nieprzytomny od wyznań tej pudernicy - zdołałem wyczołgać się jakoś na korytarz, żeby przedmuchać tlenem wertepy pod kopułą. W wagonie był rwetes. Wysiadały wszystkie babki, w ruch poszły wiadra, kosze, siatki. Ekipa zabezpieczająca prowiant dla stolicy województwa dokonywała właśnie ewakuacji ze środka i szykowała się do rozpoczęcia manewrów pod kryptonimem: skarby lasu. Powrót z łupem planowany był przed 14. Liche odzienie na plecach, podarte skórzniaki na nogach, kromka chleba ze smalcem w torbie, wiadro na grzbiecie. Kto nie zbiera ten nie żyje! Obrazek jak w „Zakazanych Piosenkach”. W tłumie zbieraczek wypatrzyłem znajomych - temperamentnych miłośników damskich nakryć , rozglądających się za kolejną porcją witamin dla poprawy wzroku. Mimo niewinnego wyrazu ich starczych oczu, coś tam w głębi serca jeszcze im się kłębiło. Nie wiem kogo zamierzali podglądać tam w lesie , za to na dworcu stwierdziłem osobę godną ich zainteresowania. Oczywiście dyżurną ruchu, działającą pobudzająco na receptory , chociaż dokładnie już nie pamiętam jak wyglądała - wszystko przez intymne wynurzenia mojej współlokatorki z przedziału. A ci panowie starsi to nabawili się chyba niewielkiego fetyszu w stosunku do uniformów kolejowych użytkowanych przez pracownice PKP, gdyż na każdej prawie stacji z damską obsadą zastanawiali się głośnio nad technicznymi problemami eksploatacji takowych. Trzeba jednak podkreślić, że w obszarze ich zainteresowań znajdowała się garderoba o stosunkowo niewielkich rozmiarach, bo przy silniejszych bodźcach z kalibru: XXL , czy przekraczających skrajnię ( kierowniczka piętrusów ) zdecydowanie nie wykazywali jakichkolwiek reakcji. Pewnie z zawodu projektanci mody , pomyślałem, choć może i szewczyk Dratewka by się odnalazł.
Stacja niewiele różniła się od stanu obecnego, poza tym, że działały semafory kształtowe i były rozładowywane jakieś węglarki z drewnem. Dookoła pełno kwitnących rumianków. Nad całością górowała drewniana ogromna wieża ciśnień. Jeszcze zanim pociąg odjechał zauważyłem ciekawą figurę, która usiłowała wgramolić się do wagonu. Z wyglądu był to najprawdziwszy przedwojenny żyd. Dosyć już stary , ale jary. Długa broda, kręcone siwe włosy, na głowie jakiś sfatygowany kaszkiet. Skąd on się tam wziął – nie mam pojęcia. Gdy pociąg ruszył - przemieszczał się powoli korytarzem szukając wolnego miejsca, a ja specjalnie zostawiłem nie zamknięte drzwi do przedziału, słusznie przeczuwając, że może być świetnym antidotum na moją towarzyszkę. I nie pomyliłem się! Wszystko szło zgodnie z moimi planami .Po chwili był już w środku , po czym bez namysłu usadowił się naprzeciwko mojej sąsiadki przy oknie, podczas gdy ja zająłem strategicznie miejsce obok drzwi. „Ani dzień dobry, ani pochwalony...” skrzywiła się gniewnie , obrzucając go zgorszonym spojrzeniem. Jegomościa wcale to nie wzruszyło, tylko zwrócił się do mnie i to w trybie rozkazującym: „Pan zamknie te drzwi, bo ja nie umiem! Porobili takie pociągi, kto to widział...” Na to kobieta włączyła się: „Proszę nie zamykać...”. W jej głosie dało się usłyszeć pewną taką desperację, niespotykaną we wcześniejszych naukowych medycznych wypowiedziach. Po chwili dotarła i do mnie przyczyna odmiennego stanu psychicznego mojej towarzyszki. W zasadzie wcześniej czułem, że coś jest nie tak, ale z wrażenia nie bardzo rozumiałem o co chodzi. A chodziło właśnie o zapach naszego nowego współpasażera , który delikatnie mówiąc nie był zbyt przyjemny. Totalny dickness! No trudno coś za coś, pomyślałem, lepiej jechać w smrodzie, niż słuchać babskiego ględzenia. A tymczasem pudernica cudownie ozdrowiała i ze wszystkich dotychczasowych dewaluacji, nie śmiała już wyliczyć ani jednej i to nawet półsłówkiem. Trzymała szczękę na zawiasie, tak jakby nasz gość okazał się być jakimś wyśmienitym felczerem. Zamknęła się w sobie i tylko zaczęła posyłać mi uśmieszki, dziwne spojrzenia i robić głupie minki. Ja pozostałem obojętny na mowę jej zepsutego do szpiku kości ciała i za każdym razem, jak we mnie rzucała swoimi fochami - odwracałem głowę ku korytarzowi, co jej specjalnie nie zrażało , gdyż myślała, że właśnie przeprowadzam osobistą inhalację, a i coś w tym było. I tak byśmy jechali do samego Bełżca, ale pociąg zatrzymał się w Długim Kącie , na której to stacji kobieta błyskawicznie wykoślawiła z przedziału, a potem z pociągu, uczyniwszy sobie uprzednio z obydwu rąk wiatraki.
W Długim Kącie nie było dyżurnej, lecz dyżurny w podeszłym stanie. W kwietnikach ze starych opon nasadzono bratki. Niewielki budyneczek stacyjny, dosyć długi i wąski, był w rzeczywistości starym wagonem przystosowanym na funkcje dworcowe. Pociąg zaraz ruszył a nieczysty znowu przemówił. „Ona jakaś niezwyczajna była i miała pypcia w oku”. Niby dobrze gada, pomyślałem, chociaż o pypciu to ta hipochondryczka nie omieszkała by mnie poinformować, a i żadnego baldachimu nad okiem też nie zauważyłem, kiedy mnie lustrowała. Zacząłem uważnie się mu przyglądać i to co zwróciło moją uwagę , to zimowy strój w środku upalnego lata. Oprócz wspomnianego kaszkietu miał grubaśną kufajkę i wypasione koczolumby na gidżołach. A zarośnięty był jak rower w pokrzywach. Na brodzie można było śmiało frytki smażyć. Jakby z wojny wracał. No oryginał jakich mało. „Co - śmierdzi?”. Mój towarzysz tak mnie zaskoczył tym pytaniem, że nie wiedziałem ,jak mam mu odpowiedzieć. „Ja lubię czystość”- kontynuował szybkim, pewnym głosem. „Gębę to raz na tydzień obetrę, raz na pół roku się moczę do pasa. A raz na rok to nawet cały w rzece nurkuję. Ja to lubię tę czystość!”. Milczałem jak grób, a czułem się jakbym dwa arbuzy zeżarł na czczo, co chyba trochę zirytowało gościa, mimo, że wcześniej zupełnie nie przeszkadzało mu to, że ktoś się na niego może krzywo patrzeć. Z niezwykłym zacięciem i stanowczością rozpoczął prezentować metody umożliwiające prowadzenie współżycia społecznego z jego osobą. „Jak śmierdzi, to ja mam tutaj taki mały wynalazek higieniczny , pan patrzy...” Facet wyciągnął z jednej kieszeni zapałkę, a z drugiej kromkę chleba. Następnie odłamał główkę od zapałki i delikatnie napluł na uprzednio utoczoną kulkę chleba , po czym zaczął ją miętosić, ale robił to faktycznie niezwykle wytwornie, a zarazem precyzyjnie jak zegarmistrz . „Nie siarczyście, tylko lekko zamoczyć i ugniatać jak ciasto” Instruował mnie jakbym na jakimś kursie savoir - vivre uczestniczył. Następnie wyciągnął z za pazuchy „piersióweczkę” , z której „troszeczkę można było skosztować, ale nie za dużo, żeby było z czego splunąć na rękę”. Po czym to mi zademonstrował. Dalszego ciągu można się łatwo domyśleć: patyczek z wacikiem delikatnie skierowany został ku niewielkiej ilości cieczy znajdującej się w zaciśniętej dłoni, a następnie nawilżony zawartością tejże. Za to dalsza część była naprawdę ekscytująca. Wkładał on tę zapałkę sobie do nosa, na przemian raz do jednej dziurki, raz do drugiej, głośno zachwalając przy tym swój ludowy wynalazek. „Ale pachnie, już nie śmierdzi, jak w niebie!”. Robił to z takim zaangażowaniem, że momentami czułem się, jakbym uczestniczył w reklamie kosmetyków. Czar szybko prysł, kiedy - szelma, usiłował wsadzić tego swojego sztyfcika do mojego nosa. „ No musisz spróbować chłopcze, nie będziesz przecież w takim zapachu jechał....”. Uznałem, że najlepszym rozwiązaniem cuchnącego problemu będzie zmiana otoczenia, a ostry pisk hamulców ułatwił mi ten zamiar. Byliśmy w Suścu, gdzie pociąg dosłownie opustoszał i w dalszej części podróży mogłem w samotności podziwiać roztoczańskie klimaty. A było co kontemplować! Jechaliśmy dosyć szybko przez dziewiczy las. Otwarte okno przy znacznej prędkości zapewniało naturalną wentylację po stokroć skuteczniejszą od współczesnej sztucznej klimy. Zmysły atakowały nieziemskie leśne zapachy : kwiatów, żywicy i drzew. Co jakiś czas do przedziału wsysało kolorowego motyla. Czułem się niczym na latającym holendrze. Przez krótką chwilę zatrzymaliśmy się na przystanku Maziły, który w tamtym czasie funkcjonował nawet jako stacja, ale odchodząca powoli do lamusa. Uwagę zwracał niewielki budyneczek dworca, zamknięty już na głucho, który moim zdaniem był chyba najładniejszym takim przybytkiem na trasie od Zawady . W późniejszym czasie został on odremontowany i zrobiono w tym miejscu kolejowe schronisko , ogrodzone szkaradnym metalowym płotem. Przez ten remont uleciała jego magia. Któregoś dnia pod koniec lat osiemdziesiątych oczekiwałem w Maziłach na pociąg do Warszawy w godzinach wieczornych i zachowałem z tego okresu klimatyczne wspomnienia. Dzikie wino, które zagnieździło się na dachu i ścianach potęgowało wrażenie tajemniczości, jakbyśmy mieli do czynienia z pałacem, a nie placówką użyteczności publicznej. Pod tym swoistym ekologicznym zamaskowaniem ukryta była ciekawa , chociaż skromna architektura , która była miła dla oka, ale szczegółów to dokładnie nie potrafię już opisać. Całość tętniła życiem, niczym arka. A to przebiegła wiewiórka, a to gwizdały małe szpaki w gnieździe ukrytym pod okapem, w poczekalni do której wchodziło się przez bardzo fajny mały ganeczek - czaił się czarny kot . Kolorowe kwiatki rosły dziko na peronie, tak wkomponowane, jakby wytrawny ogrodnik je nasadził na skalniaku. No i poukrywane w jeżynach pasikoniki koncertowały niczym w filharmonii. Wrażenia miałem takie, że w nocy może tam coś straszyć. No a tamtego sierpniowego ranka , postój był krótki, więc nie zdążyłem się nasycić widokiem całości i nikt nie wysiadł nawet . W Maziłach klientami ciuchci byli zawsze tubylcy, których spokojnie na palcach jednej ręki można było zliczyć. Taka tajemnicza stacyjka ukryta w lesie. Z kolei całkiem niedawno , z pięć lat temu nad tym lasem zaczęła się na moich oczach zawiązywać trąba powietrzna – więc coś chyba jest nieziemskiego w okolicy.
Za Maziłami trasa przejazdu przebiegała w dalszym ciągu przez środek lasu. Gdy dojeżdżaliśmy do Bełżca uwagę zwracała tajemnicza bocznica odchodząca w lesie na bok. Prowadziła ona do kopalni piasku, która swój prawdziwy renesans kolejowy przeżywała w okresie budowy LHSu. Obok torów stała bardzo ciekawa wieża obserwacyjna. Potem zatrzymaliśmy się na Bełżcu II, na którym wysiadali miejscowi mieszkańcy i jacyś kolejarze. Zwracały uwagę dwie wiaty dla podróżnych, sporo ławek i duże czytelne rozkłady jazdy pod nimi. Przystanek wybudowany był stosunkowo niedawno ( 1987 r. ). Przez długi okres w sieciowych rozkładach jazdy miał oznaczenie ( nie czynny), zaś w planszowych ( w budowie ), podczas gdy pociągi już tu stawały. Obok peronu zwracała uwagę ciekawa kapliczka. Dalsza trasa przebiegała niejako z tyłu za zabudowaniami Bełżca, w końcu po przejechaniu na ukos drogi wjechaliśmy na stację Bełżec - największy węzeł kolejowy w okolicy. Wjazd był niesamowity i już na początku wypatrzyłem w oddali znajomą mi czarną okopconą sylwetkę z charakterystycznymi wiatrownicami na czele.
Był to parowóz serii Ty2, prawdziwy gigant. Stał na sąsiednim torze na skraju peronu, daleko za nim od strony południowej stał skład pasażerski na wysokości którego zatrzymał się i nasz pociąg. Kiedy wydostałem się na zewnątrz - lokomotywa parowa zaczęła dostojnie zmierzać w kierunku rozjazdów znajdujących się przy nastawni. Ruszyłem w pościg za nią, lecz nie chciałem poruszać się bezpośrednio po torach , aby nie wpaść w łapy sokistom, tylko szedłem sobie chodnikiem obok stacji. Gdy zbliżyłem się w końcu do parowozu, ten ze stoickim spokojem odbił na tylny tor za wagonami towarowymi, których stało tam wtedy sporo i znikł mi całkowicie z pola widzenia. W momencie przyjazdu do Bełżca pociągu z Warszawy była godzina 9.50. Pół godzinne opóźnienie w Zawadzie tylko w niewielkim stopniu zostało zredukowane po drodze, a i załoga specjalnie się tym nie przejmowała. Wspomniany parowóz przyprowadził pociąg osobowy z Przeworska nr 3240, który też był opóźniony, bo planowy przyjazd do Bełżca miał o godz. 9.21. Wagony wracały z powrotem pod numerem 2344, a rozkładowy odjazd przypadał na 10.13. W sumie pozostało mi niewiele czasu na rozglądnięcie się po całej stacji , a jeszcze musiałem nabyć bilet. Budynek dworca był dosyć długim obskurnym barakiem. Poczekalnia w zasadzie nie zachęcała swoim wyglądem do dłuższych posiedzeń w środku. Była ogromnie ciasna, na środku jej wnętrze tarasował piec węglowy, a ponadto przez środek biegło przejście na drugą stroną dosyć długiego budynku, gdzie było wyjście do osady, na przystanek PKSu i stał kiosk ruchu. Z pośród kręcących się w środku ludzi, tylko niewielką część stanowili podróżni, reszta to byli pracownicy PKP, albo mieszkańcy Bełżca tamtędy akurat spacerujący. Z poczekalni wchodziło się też chyba bezpośrednio do pomieszczeń służbowych stacji. W pewnym momencie do tamtych drzwi udało się dwóch mężczyzn w mundurach kolei i z teczkami, z których jeden, znacznie już starszy od swojego kolegi w bardzo głośny sposób użalał się nad swoją dolą. „Już prawie trzydzieści lat jeżdżę i jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby konduktor mi nie przyniósł flakonu w Bełżcu. Co to się teraz porobiło, nie idzie w takich warunkach już wyżyć”...Zaintrygowało mnie to, ale żeby posłuchać resztę musiałem się przemieścić trochę. „A co to mnie obchodzi jak on to załatwi. Od tego jest konduktorem, żeby takie rzeczy wiedzieć. Jak nie umie, to już więcej ze mną nie pojedzie”. To musiała być jakaś ważniejsza persona , chyba kierownik pociągu, pomyślałem. Nie mogłem poznać dalszych szczegółów, gdyż czas biegł nieubłaganie i zbliżała się godzina odjazdu. Stanąłem grzecznie w krótkim ogonku przed kasą. Na ścianach były wyraźne ślady bytności wszelkich gryzoni, na szczurach chyba skończywszy. Bilet do Hrebennego dostałem od nie rzucającej się w oczy kasjerki, bez zbędnych mów , w tradycyjnej kartonikowej postaci. W innych relacjach też królowała tektura. Ja tam zbierałem makulaturę a tymczasem mój parowóz zaopatrywany był w węgiel i wodę na stanowisku do tego przeznaczonym , zlokalizowanym w obrębie składu opału. Zasieki węglowe były jakieś takie nieestetyczne, pozabijane deskami niedbale pomalowanymi na biały kolor. Uwagę zwracała widoczna z daleka konstrukcja do nawęglania i wydobywania popiołu z kanałów, która wyglądem przypominała suwnicę. Analogiczna była postawiona w Zamościu, a po likwidacji trakcji parowej jej szczątki jeszcze w 1996 roku leżały na kupie w okolicznych krzakach. Kiedy podszedłem w pobliże starej lokomotywowni , machina parowa tradycyjnie mi zwiała sprzed nosa w kierunku rozjazdów, a następnie skierowała się ku wagonom pasażerskim stojącym na jednym z torów w obrębie peronów. W końcu mogłem obejrzeć z bliska ten czajnik. Od razu poczułem wydobywające się z korpusu ciepło i zapach rozgrzanych smarów. Była to dosyć dobrze utrzymana dwójka, aczkolwiek żadnych oryginalnych ozdobników nie stwierdziłem. Kolor czerwony na kołach i inne krwiste detale były dosyć intensywne, co zdradzało niedawny chyba lifting. Słychać było charakterystyczny dźwięk sprężarki, która donośnie odzywała się kilka razy na minutę. Co jakiś czas dochodziły do moich uszu dwa jej rytmiczne stuknięcia niczym u kowala w kuźni: „chlast –chlast” i po dziesięciu sekundach znowu: „chlast – chlast” i tak w kółko . Monotonnie ale w sposób przyjemny dla uszu sprężarka oznajmiała , że znajdujący się koło mnie szynowy dinozaur jest żywym organizmem, a nie pomnikiem techniki. Wydaje mi się też, że z budki wydobywały się wtedy odgłosy turboregeneratora , czyli turbiny parowej połączonej z prądnicą służącej do zasilania oświetlenia parowozu. Praca dynama przejawiała się charakterystycznym cichym jęczeniem i widokiem długiego strumienia pary uchodzącej z rurki przy kabinie. Ale może to była jakaś inna dmuchawka – już nie pamiętam. Byłem tylko zaskoczony, że to nie oelka , czyli seria Ol49, która była charakterystyczną maszyną na linii Przeworsk – Bełżec w tamtym okresie. Z kolei na Zamojszczyźnie praktycznie nie była spotykana. Przyczyny takiego stanu rzeczy zostały mi niegdyś wyłożone przez byłego pracownika parowozowni w Zamościu. Otóż po wycofaniu z eksploatacji os i petuch, sprowadzono do Zamościa na pewien czas właśnie oelki, ale jeszcze szybciej je stąd wyekspediowano. Roztoczańskie linie okazały się dla nich za bardzo kręte i przy prowadzeniu pociągów osobowych, strasznie rzucało wagonami na zakrętach, co oprócz licznych skarg podróżnych , mogło podobno nawet skończyć się tragicznie. Wynikało to z układu osi tych lokomotyw. Dlatego w latach osiemdziesiątych podstawowym środkiem trakcyjnym stały się u nas maszyny serii Ty2. A najbardziej chwaloną u nas serią i tak były osy, czyli Os24. Parowozy z Przeworska słynęły niegdyś z nienagannego utrzymania . Z kolei zamojskie podobno nie bywały za czyste. W starych dobrych latach w Bełżcu spotykały się maszyny z dwóch parowozowni : Zamość i Przeworsk. Opowiadał mi niegdyś jeden znajomy, że zamojscy mechanicy lubili sobie podjechać swoim okopconym smoluchem do strojącej przy zasieku odpicowanej na wysoki połysk przeworskiej oelki , żeby delikatnie ją puknąć i musnąć sadzą po jej zderzakach, tudzież po innych elementach , co powodowało natychmiastową reakcję tamtejszych maszynistów . Podkarpacka załoga wyskakiwała wtedy ze szmatami i szmatkami i zamiast ich wychlastać tymi ścierami po mordach lub choćby programowo ochrzanić - nerwowo szorowała i polerowała zabrudzone przez zamojskiego kopciucha miejsce, jakby to była posadzka w kościele. I tak w koło Wojtek. Taka tam była mania czystości i tacy pedanci jeździli. No , w lecie 1989 r. to już była niestety historia . Co prawda sam parowóz, jak to już pisałem przedstawiał miłe dla oka wrażenie , ale wagony do których się podpinał – straszne brudasy. Skład bałaja był taki: ryflak, przedziałowy, 2 ryflaki. Łącznie 4 pudła ze stacji Przeworsk. W ubarwieniu wagonów dominowały różne odcienie szarości, zaś szyby były przyciemnione mazią w kolorze zbliżonym do coca coli. Tablica kierunkowa była chyba tylko jedna z wypisaną dużą czcionką relacją : Bełżec – Przeworsk, oczywiście cała pordzewiała i okopcona jakby dorabiała na czarno jako drzwiczki do pieca. Niewtajemniczonym trzeba jeszcze objaśnić , że określenie „bałaj”, było potocznym przezwiskiem pociągów z Przeworska do Bełżca i pochodziło od nazwy niewielkiej wioski w okolicach Lubaczowa, a geneza takiego nazewnictwa sięga początków całej linii.
„Wiaaaatry puuuuścić!”, krzyknął niepełnoszczupły rewident do brodatego mechanika wyglądającego przez okno parowozu. Tamten popatrzył na niego , niczym na pospolitego przychlasta i najchętniej by mu chyba wysprzęglił w ryja za to. Psssss.........Wkrótce w przewodach hamulcowych zaczęło głośno szumieć, natomiast tempo pracy sprężarki parowozu przyśpieszyło gwałtownie: ty,ty,ty,ty,ty,ty,ty,ty,ty,ty,ty,ty........... Po jakimś czasie znowu zaczęło huczeć pod wagonami , bo powietrze tak jak wcześniej było wpuszczane, zostało potem wypuszczane. Rozpoczęła się próba hamulców poszczególnych wagonów, i od tyłu składu w kierunku czoła przemieszczał się jegomość z młoteczkiem, którym co jakiś czas opukiwał zestawy hamulcowe pod spodem wagonów. W porównaniu z gościem z Zawady, ten był bardzo energiczny i co jakiś czas wrzeszczał w stronę parowozu wydając różne komendy, niczym generał w wojsku. A koła to opukiwał jak dzięcioł po latarni, wymachując tak młotkiem, jakby akrobacje cyrkowe odprawiał . „Paaaarę roooobić!” , rozkazał hamulcowy w kierunku budki lokomotywy i po chwili usłyszałem odgłosy szurania łopaty po węglu w tendrze. Mechanicy się schowali prze de mną, a raczej przed nim w samo serce bijącej gorącoty i dlatego nie potrafię za bardzo ich opisać. Przedstawiali w miarę schludne wrażenie , jak na warunki w jakich im przyszło egzystować. Zastanawiałem się tylko, jak oni mogli wytrzymać w takim ukropie. Trochę się roznegliżowali w tym celu zapewne. A tej pary to za bardzo nie było widać, za to jakiś przyrząd zaczął prychać i rzygnęło mi po nogach ciepłym powietrzem. Postanowiłem przemieścić się z piekła do raju.
Jako, że przyzwyczajony byłem do luksusów, poszukałem wolnego miejsca w wagonie z przedziałami. Zdziwiło mnie , że tylne przedziały były dosłownie zapchane, a cztery pierwsze za lokomotywą całkowicie puste. Nie zastanawiałem się jednak długo, tylko zająłem miejsce w pierwszym z nich. Tymczasem zbliżała się godzina odjazdu. W pociągu było sporo ludzi , a na peronie nikogo, ani dyżurnego, ani konduktora – pustka. Po około minutach od czasu planowego odjazdu , bez żadnych dworcowych zapowiedzi – skład wolno zaczął się...cofać do tyłu. Po czym zatrzymał się i znowu powolutku, prawie niezauważalnie zaczął jechać we właściwą stronę. Wyjrzałem przez okno na parowóz, a tam: stoicki spokój - ani mgiełki nad kominem, cylindry nie w szkwale , nic. Za to sprężarka tłucze jak głupia i żmija na budce syczy. No dzisiaj byśmy powiedzieli: e – parowóz, czysty i blisko przyrody. Tylko, że dziurawy samowar to nie był z niego, pomyślałem, przywołując w pamięci gwałtowne smogi nad Zamościem wywoływane przez chmury pyłów wulkanicznych wydobywające się z kominów parowozów . podczas startu pociągów na przykład do Kędzierzyna, w starych dobrych czasach. Spokojnie w Sitańcu taką kometę dymu było widać. A tamten denat w Bełżcu zachowywał się jak.... grill. Kocioł rozpalić , chciało się wykrzyknąć przez okno. Byłem przekonany, że to tylko próba techniczna. A realia były takie , że niewyraźnie i bardzo nieśmiało zaczęliśmy się turlać do przodu, co uświadomiło mi , że oto „BAŁAJ EKSPRES” majestatycznie rozpoczął swój bieg. Niewątpliwie semafor ( kształtowy ) został podany.
Ujechaliśmy tak z dziesięć metrów , gdy nagle za nami rozległ się przeraźliwy babski pisk. „Stójcie łajdaki!”. Wyglądam przez okno, a tam lecą za nami jakieś baby w chustkach, w tym jedna kulawa balansuje z wyraźną trudnością , za nimi piłuje dyżurny ruchu z różdżką , a na końcu: konduktor, zagęszcza ruchy wymachując rękami. Najszybszy z nich był dyżurny, który drałował tak prędko, że w sumie nas prześcignął, a i pociąg z lekka zwolnił , chociaż trudno tempo jazdy nazwać było szybkością, gdyż nie mieściło się chyba w dolnych widełkach skali pomiaru określonej przez prawa fizyki. Jazda gorzej niż powolna. Faktem jest, że już nie stawaliśmy i towarzystwo wskakiwało , nazwijmy to: w biegu, przy czym największą krzepą wykazała się właśnie pasażerka niepełnosprawna . Może na takich ćwiczeniach polegała jej rehabilitacja. Konduktor za to się prawie wykoślawił, ale trafił. Gdy wszyscy zainteresowani znaleźli się w środku usłyszałem głośną komendę „ODJAZD!”, która chyba została wydana, ani przez konduktora, ani przez dyżurnego, tylko przez władczego rewidenta, chociaż dokładnie to nie wiem przez kogo. Zadziwiło mnie to bardzo, bo od pewnego czasu właśnie żeśmy jechali, ale pomyślałem sobie, że był to sygnał do ujawnienia demonicznego oblicza szalonej lokomotywy. Niestety bardzo się myliłem. Przy minimalnej prędkości minęliśmy zabudowania starej parowozowni, gdzie odstawiony był jakiś żurawicki rumun ( ST43 ) i zbliżaliśmy się do byłego obozu zagłady. Jak na złość, szybkość przemieszczania się przypominała bardziej kolejkę parkową dla dzieci a nie taki poważny pociąg. Para z komina buchała w dalszym ciągu bardzo oszczędnie, trochę więcej ulatywało jej przy osiach. No nie, stonka by tu lepiej zakopciła na wyjeździe, pomyślałem sobie – a tu takie dziadostwo nas pociąga. Na dodatek na rozjazdach cały wagon popadał w swoiste wibracje, co jeszcze bardziej mnie wkurzało. W końcu wjechaliśmy do lasu i do uszu dolatywać zaczął dźwięk pracy silnika parowego, przejawiający się w rytmicznym sapaniu.
Parowóz w końcu zaczął mozolnie nabierać wigoru do jazdy i rozpędziliśmy się do zawrotnej prędkości dwudziestu km na godzinę tak na oko, a przez okno wleciało do wnętrza troszeczkę pachnącego dymu , który wdychałem pełną piersią niczym narkoman dorodne zioło. Trzeba przyznać, że węgiel spalany w palenisku musiał być dobrej jakości , chociaż z drugiej strony wtedy ostatni raz w życiu sobie pokosztowałem takiej tabaki i nie wypada wybrzydzać z perspektywy. Okrążająca mnie woń nie była gryząca, siarką nie jechała , miała niewiele substancji smolistych i nie podchodziła mazutem. Nie , no z chełmskich wozów to był jednak zapach niepowtarzalny, czuć było atomy węgla i inne pierwiastki, ale i te przeworskie podymienia były niczego sobie. W pewnym momencie tak mnie odurzyło, że zachciało mi się posmakować tego antracyta w oleju, dobrze , że w wagonie siedziałem, a nie w maszynie - bo bym jeszcze zęby stracił. Kolor spalin za to mi się nie podobał – taki nijaki niczym mgła. Dym, to ma być dym, musi być paleta poszczególnych odcieni szarości. Ja to się dobrze znam na tym, bo jak byłem mały, to dziadek prowadził mnie w Zamościu na wiadukt przy ul. Wyszyńskiego i czekaliśmy na pociąg z Zamościa do Hrubieszowa, który wjeżdżał pod ten wiadukt na pełnym biegu z drugiej strony. Ależ to były cygara - mikroelementów się wchłaniało więcej niż we współczesnych grotach solnych, można też było loki we włosach sobie zakręcić , fryzurę przyciemnić , w zimie się rozgrzać, a w lecie solarium za darmo.
W sierpniowy upalny dzień, pogoda była bezwietrzna, co nie ułatwiało parowej inhalacji . Miałem niedosyt w stosunku do oddziaływania na mnie rakotwórczych substancji , bo kopciuch ciągle udawał kadzidło w rękach księdza. W końcu smuga dymu za nami zaczęła się wydłużać. Po pewnym czasie do moich uszu zaczął dochodzić gwałtowny syk uchodzącej z żelastwa pary, co oznaczało, że włączył się inżektor, czyli urządzenie służące do podawania wody do kotła parowozu, potrzebnej mu do wytwarzania pary. Zadaniem inżektora było doprowadzenie wody do kotła w ilości niezbędnej do uzupełnienia ubytków powstałych wskutek parowania podczas pracy. Tylko tempo jazdy.... , a w zasadzie brak tempa - dokuczał. Po prostu : turlaliśmy się z prędkością dymu. Bardziej się czułem jakbym uczestniczył w kondukcie pożegnalnym niż jechał sławnym bałajem. Gdyby jeszcze puścili w środku muzykę, na przykład : „Funeral March for a Marionette” Charlesa Gounoda, może bym i uznał, za przyjemną taką przejażdżkę, a tak to było za wolno. Trzeba przyznać, że jechaliśmy tendrem do przodu, co chyba nie stanowiło żadnego problemu dla maszyn serii Ty2, zwłaszcza, że na odcinku z Zawady do Zamościa i do Rejowca zdarzało się to nagminnie bez żadnych perturbacji w czasach przejazdu. Może chodziło o ochronę przed pożarami od iskier z paleniska, bo upał wtedy był niemiłosierny, nie wiem. Po pewnym czasie od wyjazdu , piękne widoki i zapach lasu, przy rytmicznym odgłosie walenia serca parowozu, przypominającego dudnienie bębnów ludożerców - zniwelowały ślamazarną szybkość przemieszczania się do tego stopnia, że doznałem w końcu uczucia zadowolenia z trakcji. Mało tego – kiedy się snuliśmy przez środek stawów rybnych na Zatylu przed Lubyczą Królewską , to uznałem , że taka jazda jest najbardziej korzystna , gdyż pozwala w pełni podziwiać otaczającą nas przyrodę, nie czyniąc spustoszenia w organiźmie żywym. Tory biegły groblami usypanymi między stawami. Niespożyta energia uwięziona w wielkiej masie, która zanurzyła się w pejzażu z trzcin i sitowia, skąd dochodziły kumkania przestraszonych kumaków. Parowóz majestatycznie jak orzeł wleciał w stado mew i czapli siwych, w którym gdzie niegdzie obserwować można było i nieliczne białe egzotyczne gatunki ptactwa umykające w popłochu oraz inne wodoloty nurkujące w mrocznym dymie z komina, przysłaniającym krajobraz niczym zaćmienie słońca. I nie byliśmy intruzami, wręcz przeciwnie - machina umiała doskonale wpasować się w otaczający ją krajobraz, wzbudzając jednocześnie respekt i poważanie w przyrodzie . Tylko kaczki, jak to kaczki miały nas w kuprze. W końcu usłyszałem sygnał „baczność” , sprowadzający się do krótkiego gwizdu. To „uuuu...”było przytłumione , niczym pianie wiejskiego koguta, ale cieszyłem się, że mogłem tego w końcu doświadczyć. Doskonałe dopełnienie dla sielskiego obrazka z parowozem w głównej roli i ze mną w tle - stanowiła napowietrzna linia telefoniczno – telegraficzna biegnąca obok torów już od Bełżca. Co jakiś czas przez okno migały jej piękne grube, drewniane słupy a przewody oczywiście jeszcze działały. Drutów było tyle, że ich plątanina wyglądała jak misternie utkana pajęczyna w porannej mgle , którą udawały wyziewy z komina . Super sprawa. Kiedy tak poddawałem się oddziaływaniu połączenia piękna krajobrazu z cudem techniki, dotarło do mnie, że siedzę w przedziale klasy pierwszej. Nie pamiętam już po czym to poznałem, faktem jest , że wagon z zewnątrz był tak okopcony sadzą , że oznaczenia rodzaju klasy były nieczytelne. W środku przyklejony chyba był jakiś piktogram czy po ilości siedzeń się połapałem , nie pamiętam. Wiem tylko, że uświadomiłem sobie z przykrością , że nie mogę dalej tam się znajdować. Dodatkowo ten starszy podchujaszczy w poczekalni w Bełżcu, który narzekał , że konduktorzy nie przynoszą mu naczyń po podróży , również dał mi do myślenia. Czym prędzej postanowiłem opuścić wygodną miejscówkę i udałem się do pierwszego ryflaka za lokomotywą, który zresztą był pusty. Drzwi miał otwarte na oścież i co jakiś czas ocierały się o niego jakieś przytorowe krzaki i zarośla. Ławki trochę niewygodne tam były. Ale kolor miały ładny – intensywnie błękitny.
W pewnym momencie parowóz znowu oszczędnie zaduł, bo mijaliśmy przejazd obok Zakładów Zbożowych w Lubyczy Królewskiej, których bocznice zastawione były wagonami do przewozu zboża i krytymi. Gdy wjeżdżaliśmy na stację w Lubyczy, pociąg zwolnił do prędkości minimalnej. Dosłownie pełzać zaczął jak ślimak. Dodatkowo do uszu dochodził przeraźliwy pisk wydobywający się spod kół , tak jakby szyny były szlifowane przez nie. W końcu trzeba było uszy zatykać. Na peronie stało ze trzydzieści osób. Po niewielkich turbulencjach stanęliśmy, ale tempo było takie , że ten proces przeprowadzony był prawie niewidzialnie . W Lubyczy zwracały uwagę dosyć spore zabudowania opuszczonej już wtedy ogromnej nastawni oraz stary murowany budynek stacyjny składający się jak gdyby z trzech części, z których środkowa nieznacznie górowała nad pozostałymi, będąc od nich krótszą. Były tam poczekalnia z kasą . Albo mnie ten pisk kół na tyle zagłuszył, że straciłem orientacje, albo w krzakach dworcowych siedziały jakieś świerszcze, które hałasowały , ale nietypowo , tak jak to się słyszy za granicą w ciepłych krajach. Cykady jakieś , czy co ? Niby tylko owady, a znały się na elektronicznej muzyce. A może miałem złudzenia słuchowe od tej hardcorowej jazdy po torach – nie wiem. W każdym razie do pierwszego wagonu władowało się kupę ludu i po chwili pociąg znowu zaczął rysować pordzewiałe szyny z niesamowitym jazgotem. W wagonie zrobił się tłok, podróżni całkiem zróżnicowani: kobiety i mężczyźni, młodzi i starsi, dziadki i babki, dzieci i matki. Mimo wszystko wszyscy byli całkiem zwyczajni i żadnego intrygującego gwiazdora w pierwszoplanowej roli nie byłem w stanie już obsadzić. Jeżeli chodzi o płeć przeciwną, to jej przedstawicielki niezbyt zjawiskowe i raczej kwalifikujące się do rejestru zabytków , chociaż gdzie niegdzie , rozsiadły się wyróżniające się niebałajskim urokiem lakiernice, tudzież inne suche-blady. Od razu zaczęły dolatywać do mnie strzępki rozmów na różne tematy związane z bożym światem: a to , że ceny poszły w górę, a to , że nie można nic kupić, to o polityce, czy co napisali w gazecie. Po wygrzebaniu się ze stacji w Lubyczy, wjechaliśmy do lasu , gdzie prędkość jazdy odczuwalnie się poprawiła, a czajnik wreszcie zaczął porządnie sapać i kopcić. Stanąłem sobie wtedy w otwartych drzwiach ryflaka i zacząłem napawać się widokami przesuwającej się ściany lasu , podziwiając zarazem kłęby buchającego w zieleninę dymu. Teigrek w końcu się rozzuchwalił i z coraz to mocniejszym impetem usiłował zanieczyszczać otaczające nas środowisko naturalne, zyskując wielkie uznanie w moich organach zmysłów. Para wypełniała wszystko, co tylko mogła, tędy i owędy rozpościerała się na przemian to zakosami , to śmiesznymi zawijasami. Raz na jakiś czas natura obdarzała mnie widokiem czmychającej sarny, czy odfruwającego w popłochu głuszca. Dobrze im tak, pomyślałem, niech poczują na własnej skórze, kto jest panem puszczy. King Kong from Przeworsk – potrzebuje ofiar! Szkoda tylko, że tak cicho się tego domaga. Może i potwór, ale kastrat, pomyślałem, po kolejnym sygnale „baczność” wydanym przez parowóz przed jakimś przejazdem. Nudzi, nie trąbi!
Kiedy się tak poddawałem procesowi relaksacji, coś we wnętrzu zaczęło przerywać mój błogi, rozanielony nastrój. Ze środka wagonu dochodzić mnie zaczął nieziemski rwetes . Kontrola biletów, ale konduktor nie był zły dziad, tylko jak brat, ucałować wszystkich był rad. Młody , sympatyczny i żartował sobie z pasażerami. W pewnym momencie dwie niewielkie babciowiny, jak się potem okazało, mimo podeszłego wieku , dość jeszcze energiczne - złapały go za rękaw garnituru i tak do niego gadać zaczęły: „My do ciebie w sprawie nie cierpiącej zwłoki i tylko ty nam możesz pomóc uchronić nasze zgruchotane kości”. „To nie ode mnie zależy” – odpowiedział im kolejarz. „Ale my tak do ciebie proboszczu drogi po protekcji, żebyś na stacji z tamtym przy piecu pogadał”- naciskały go kobiety. „A wy bilety to macie” – zapytał urzędowo, ale z humanitarnym wyrazem twarzy. „A no mamy miesięczny” i jedna z nich zaczęła wyciągać z torby jakieś zawiniątku, które okazało się być flaszką z niezidentyfikowaną płynną zawartością, o brązowym kolorze. „Toć niech patrzy”. Kontroler głośno się zaśmiał, a następnie rozpoczął pobierać próbkę zawartości doustnie, po czym stwierdził, że „na stacji się rozpatrzy”. Dziabnął z centrali a flakonu już im nie oddał. W tym momencie koła zastukały na rozjeździe i zaczęliśmy wjeżdżać do Hrebennego, w którym miałem wysiadać , co nie nastrajało mnie zbyt optymistycznie, gdyż w środku zaczęło się robić coraz ciekawiej. No ale z drugiej strony nie chciałem ryzykować dalszej jazdy nie znaną mi linią i wolałem się trzymać zatwierdzonego wcześniej dla wycieczki rozkładu jazdy. Jeszcze w biegu pociągu zamajaczyła mi sylwetka…… , no właśnie: na pierwszy rzut oka był to kresowy przedwojenny dwór szlachecki. Ale wagon sunął się leniwie dalej i w końcu gdy się zatrzymał to przy wysiadaniu prawie wpadłem na ogromną tablicę z nazwą stacji stojącą przy torach , analogiczną jaką obecnie możemy zobaczyć w Werchracie. Na wysokości mniej więcej dwóch metrów umieszczony był podłużny metalowy prostokąt wsparty po obu stronach grubymi rurkami, a w jego środku przytwierdzone były na ściance zrobionej z drobniutkiej siateczki pomalowanej na ciemno zielono ogromne ,metalowe - białe litery. Były widoczne z daleka a całość wyglądała estetycznie. W 1999 roku zamieniono ją na niebieskie barachło. To samo stało się z tablicą z Siedlisk Tomaszowskich. Podczas postoju zrobiło się zamieszanie, ktoś tam wysiadł, ktoś tam wsiadał , po chwili zobaczyłem w górze biało – zielony durszlak oraz czerwoną czapkę stojącego na baczność dyżurnego ruchu i spod cylindrów czajnika buchnęła mgiełka, natomiast wysoko w górę z komina wystrzelił prawdziwy gejzer dymu. Puf....,puf....,puf...,puf..,puf.puf,puf – flegmatycznie rozpędzać zaczęła się kupa żelaza, a ryflaki zajęczały mi piskliwą serenadę na pożegnanie. Trzeba przyznać, że bydlę dopiero na koniec wycieczki się rozjuszyło na tyle, aby spalić mosty za sobą pokazem prawdziwego tornada utworzonego z pyłu węglowego. Obłoki dymu sunęły w kierunku budynku dworca, który chyba od czasów carskich się nie zmienił. Parę lat później został wyremontowany pod potrzeby kolejowego przejścia granicznego, dzięki czemu nabrał nowoczesności. Ale po tej operacji plastycznej stacja nigdy się mi nie podobała, gdyż utraciła to cuś, co widziałem tamtego pamiętnego dnia.
Pociąg okazał się być wehikułem czasu i poczułem się , jakbym się cofnął ze sto lat wstecz. Pierwsze wrażenie to rzucający się w oczy obraz wzorowego porządku. Peron to był chyba jeden , niewielkich rozmiarów chodniczek , który przylegał prawie , że bezpośrednio do bryły budowli. Międzytorze za szlakowym usypane było żwirem, ale bardzo skromnie, który jednak mógł robić za drugi peron – dla wtajemniczonych. Budynek od peronu ogrodzony był niewielkimi , drobnymi płotkami, pobielonymi estetycznie. Posadzone były pod ścianami drobne kwiatki, a część ścian obrośnięta dzikim winem, ale tylko fragment mieszkalny - można by powiedzieć od strony południowej, patrząc od peronu, tj od strony wschodniej . Pnącze było nieelegancko przycięte, w miejscach, gdzie znajdowały się okna , co nadawało ogromnego uroku całej budowli, maskując ją z lekka. Przed bryłę dworca wysunięte trochę było niewielkie parterowe pomieszczenie dyżurnego ruchu, widać, że dobudowane w późniejszym czasie. Pokryte ono było chyba papą, co troszeczkę kłóciło się z niezwykle estetyczną drobną czerwoną dachówką na budynku. Na dachu było dosyć sporo kominów, jedne grubsze, drugie chudsze, jedne wyższe, inne niższe. Oznaczało to, że kilka pomieszczeń użytkowanych w różnych przeznaczeniach ukrytych jest we wnętrzach. Za budynkiem rosły niewielkie drzewa, które tylko trochę go przewyższały, co sprawiało, że stanowiły dla jego sylwetki bardzo miłe dla oczu tło. Mniej więcej na środku, ale z pewnym odchyleniem w kierunku północnym była poczekalnia, ale ten fragment obiektu wyglądał jakby to była baszta, ze szpiczastym dachem i jeszcze jakąś wiechą zawieszoną na jego czubku, niczym na wieży ratusza, antena to była , czy co innego – sam nie wiem. Jakby jakaś statuetka na szczycie. Nad poczekalnią było małe pomieszczenie mieszkalne, ale okno nie wychodziło na peron, tylko na północną ścianę, zresztą pozostała część dachu w tamtym kierunku była niższa.
Do wnętrza poczekalni prowadziły stare dwudzielne, skrzypiące drzwi , częściowo oszklone i ze świetlikami na górze. Przypominały bardziej wrota do kościoła. Niejednego pasażera ugaszczały chyba te mury. A bił z nich orzeźwiający chłód, niczym z uchylonego fryżydera. Nad drzwiami wisiała duża biała tablica z nazwą stacji i był jeszcze stary zegar. Bardzo ciekawe były drewniane okna, z wieloma małymi szybkami. W niewielkim pomieszczeniu dyżurnego ruchu można powiedzieć, że były same okna, też takie stylowe. Wejście do niego zlokalizowane było od strony północnej. Poczekalnia była ślepa i wchodziło się do niej od torów . Z tyłu dworca , w miejscu obecnego przejścia od strony wioski – były drzwi do mieszkań służbowych. Postanowiłem sobie trochę odpocząć w chłodnych czeluściach dworcowych. Co prawda poczekalnia nie była za bardzo przytulna, ale w środku było w miarę estetycznie i czysto. Ławki takie jakieś ciężkie, drewniane i strasznie twarde, niczym konfesjonały. Tamtego dnia w poczekalni wisiała tablica 123 z sieciowego rozkładu jazdy dla linii Przeworsk – Bełżec – Przeworsk oraz nr 120 dla trasy: Przemyśl – Kraków – Przemyśl. Zauważyłem też reklamę ekspresu MAŁOPOLSKA z Przemyśla do Warszawy . W końcu niewielkie okienko otworzyło się i mogłem bez emocji nabyć kartonikowy bilet do Bełżca. Pomieszczenia kasowe też były oszklone i na dodatek była to spora powierzchnia , przysłonięta jednak szczelnie od środka firankami z firmowym logo PKP. Po pewnym czasie rozpocząłem ulubione zajęcie na takich wyprawach, czyli nasłuchiwanie. Panowała grobowa cisza , słychać było nawet brzęczenie komara , a strzępki rozmów nagłośnione przez wyjątkową akustykę wysokich pomieszczeń przedostawały się przez szczeliny konstrukcji oddzielającej mnie od pokoi służbowych. Rozmawiali dyżurny z kasjerem. Obydwaj byli w średnim wieku, a zarazem sprawiali wrażenie wyjątkowych służbistów. Przez to jakoś tak pasowali do siebie. W kontaktach z pasażerami byli dosyć sztywni i urzędowi. Z podsłuchu w pomieszczeniu dyżurnego ruchu wynikało, że pociągi często się wtedy spóźniały i że pewien zdesperowany przez to podróżny wybił jedną z szyb w kantorku zawiadowcy – gdzie faktycznie wstawiony był kawałek dykty. W ogóle w nocnych bałajach to można było nawet oberwać po ryju. Jeździła też jakaś kontrola głównie po nocach , ale celu tępienia plagi pijaństwa, z tym, że opracowany był specjalny system komunikacji i powiadomień pomiędzy posterunkami. Były jeszcze jakieś śmieszne historie o pieczeniu kaczki w parowozie, ale nie za bardzo skumałem o co chodziło i nie potrafię tego przytoczyć. Panowie chyba strasznie się nudzili w swojej pracy, gdyż dowiedziałem się wtedy, że nad poczekalnią było niewielkie pomieszkanie w którym rezydowała pewna młoda kobieta. „Co pan powie, co powiedziała , no wie pan, ale historia...”. Dochodziły mnie tylko strzępki tych rozmów bo w najbardziej gorących fragmentach ściszali głos i świstali szeptem. Można było przypuszczać, że tam na górze działy się niewiadomo jakie rzeczy, ale to wszystko było chyba tylko produktem bujnej wyobraźni obydwu pracowników . Jak to kobiety mówią: największymi plotkarzami przeważnie są mężczyźni. Wydawało się, że wszystkich oni tutaj znają. Jakiś warszawiak przyjechał ze studiów, tamta pojechała do lekarza, facet w kapeluszu to teść sąsiadki Marysi, Józek ma sprawę w sądzie i będzie jechał.... Pasażerowie obcy też nie mogli liczyć na wyrozumienie w tym względzie, zwłaszcza tacy nietypowi, jak ja. W końcu dotarło do mnie , że i moja skromna osoba znalazła się w centrum zainteresowania tych męskich obrabiarek. Poddany zostałem procedurze lustracji przy udziale służbowej dziury w firance. „A dokąd kupił bilet? A może do niej przyjechał ”. Faktycznie przed wejściem do poczekalni stanąłem sobie przez chwilę oglądając zegar i podziwiając architekturę dachu, a przecież na poddaszu było siedlisko tajemniczej nieznajomej. Tak mnie wkurzyli, że nie byłem w stanie skontrolować zawartości śmietnika w celu poszukiwania biletów kartonikowych do kolekcji i innych lokalnych skarbów. W końcu zadzwonił telefon i dowiedziałem się, że mój pociąg powrotny do Bełżca nr 3242 , planowy przyjazd do Hrebennego godz. 11.22 ma oczywiście planowe opóźnienie rzędu pół godziny.
Nie mogłem już dłużej znosić takiego obcesowego zainteresowania i postanowiłem pospacerować sobie trochę po przydworcowej okolicy. „Ciekawe , gdzie pójdzie!” Usłyszałem szeptem przez okno dyżurki. No nie zdziwiłem się, że stacja nie była zradiofonizowana, bo w takiej sytuacji nie było to specjalnie potrzebne. Na niebie ani jednego obłoczka, a żar atakował mnie niczym na egzotycznych wyspach. W północnym kierunku była rampa towarowa, ale już w tamtym okresie funkcjonowały tutaj tylko przewozy gospodarcze węgla do kotłowni dworcowej , w pojedyńczych węglarkach przyciąganych przez bełżecką manewrówkę serii SM48. Stwierdziłem jeszcze żuraw do wodowania parowozów, raczej nie czynny , chociaż jeden pociąg z Przeworska około 7 rano kończył tutaj nawet swój bieg. W przeciwnym kierunku jeżyny i poziomki, którymi się posiliłem, korzystając z okazji - rosły nawet na peronie. Spłoszyłem stamtąd nawet jakiegoś zająca. Na torach w cieniu pod drzewem rozsadowił się duży czarny kot, który przeciągał się leniwie co jakiś czas. Stacja miała niesamowity bajkowy klimat. Duży węzeł w samym środku lasu. Dookoła drzewa. Pachnące trawy. Mnogość dzikich kwiatów i łagodna woń wydzielanych przez nie zapachów. Ptaki śpiewały, a moja dusza chłonęła z zachwytem każdy ich odgłos.
Strach było się oddalać, żeby nie zbłądzić. Zresztą nie było sensu, gdyż w oddali widać było fale rozgrzanego przez słońce powietrza. Co jakiś czas do moich uszu dochodziły pojedyńcze, głuche stukoty wydobywające się z torowiska, co było oznaką procesu rozszerzania się szyn na skutek działania wysokich temperatur. Woń rozgrzanych drewnianych podkładów nadawała aromatowi leśnych ziół swoisty smolisty posmak, niczym trawka żubrowa utopiona w butelce spirytusu albo laska wanilii we flaszce kinder - nalewki z antonówki. Maślaki to prawie, że rosły na torach. Wędzone grzybki, pomyślałem. Usidliły mnie te obrazy natury. Tylko dobrej wódeczki do nich brak. Jednym słowem – sanatorium. Poczułem się, jak nowo narodzony. I ani żywej duszy, nie licząc tych dwóch, tam zanudzonych w środku. Byłem jedynym oczekującym pasażerem.
W końcu usłyszałem odległe RP1 parowozu, wydane chyba na szosie w Hrebennem, obecnie prowadzącej do granicy i po około 5 minutach na stacje nieśpiesznie wtoczyła się owiana , a jakże - kłębami dymu i pary stylowa żelazna dama nazywana potocznie oelką , od skrótu Ol49, z charakterystycznymi uszami przy kominie , ciągnąca skład 4 wagonów, analogiczny jak na rannym pociągu z Bełżca. Może i dama , ale po bliższej obdukcji - straszna z niej była fleja . Za to syk pary uchodzącej przez zawór bezpieczeństwa oraz huk w cylindrach podczas postoju na stacji był niesamowity. Prrrrrrrr....i w popłochu pouciekały gnieżdżące się w kominach dworca kawki. Olbrzymia bestia zaczęła wydawać dźwięki, których w dobrym towarzystwie emitować nie wypada . Moim zdaniem robiła to jednak bardzo wytwornie, chociaż realnie donośnie. Dopominała się tym sposobem pieszczot, gdyż namaszczanie olejami przestało ją satysfakcjonować . Nienasycona - oczekiwała większego zaangażowania. Na przykład: oklepania szpadlem po zawieszeniu. Żeby dostać bucha, trzeba było dać po tubie. Żeby dać jej po tubie, trzeba było wlać w kocioł. Żeby było co tam spuścić, trzeba było wsadzić w palnik. Żeby było gdzie podłożyć, trzeba było przywalić po zadzie. Jak na prawdziwą masochistkę przystało, niełatwo było ją rozpalić do czerwoności, ale jak się to już komuś udało, to w nagrodę nieźle ciągnęła. Sam hydraulik nie dał by rady posunąć jej tłoka, zapotrzebowanie miała na minimum dwóch. A tak się rozochociła, że aż rozszczelniła zawory w bece. Generalna zasada jest taka, że im parowóz mniej paruje, w tym lepszym stanie technicznym jest. O dwójce którą miałem przyjemność być ciągnięty do Hrebennego, można by było powiedzieć w tym kontekście same komplementy. Faktem jest, że na postojach praktycznie nie dymiła, co z kolei irytowało mnie bardzo, ale tylko dlatego , że byłem trochę świadomy magii chwili i domagałem się intensywniejszych zjawisk chemicznych. Wygląd zewnętrzny oelki odzwierciedlał już znaczną degenerację i zużycie stalowego cielska. Była strasznie puszczalska , gdyż para ulatywała z niej wszelkimi możliwymi otworami, w szczególności poprzez dziury w karoserii. Miała też chyba podbite jedno ślipie. Ale jakaż to była uczta dla moich oczu i uszu, tego opisać nie jestem w stanie.
Nabożeństwo w Hrebennem odprawiało się jednak bardzo krótko. Dyżurny machnął złomem i pojedyńczy gwizd obwieścił jego zakończenie. Szybko zająłem miejsce w początkowym ryflaku i po delikatnym szarpnięciu ruszyliśmy ze stacji. Pociąg był stosunkowo pusty, wolne były nawet niektóre przedziały klasy drugiej. Po drodze nic już nadzwyczajnego nie zauważyłem. Parowóz nawet sporo razy świstał i fajnie się poruszał , buchając przy tym ogromnymi kłębami dymu. Jednak prędkości osiągał porównywalne z kriegslokiem. Oczywiście, na początku mnie to troszeczkę zirytowało, ale potem uświadomiłem sobie, że w tym tkwił urok i sens całej wyprawy. Tutaj naprawdę nikomu i niczemu się nigdzie nie śpieszyło. Prędkość została zepchnięta na boczny tor i górę wzięły zupełne inne emocje. Ot na przykład taki rajski widoczek na stacji w Lubyczy Królewskiej. Na ławce , przed poczekalnią w cieniu drzewa smacznie przysnął sobie jakiś miejscowy puszysty, wąsaty kolejarz: kasjer czy dyżurny? Siesta - obrazek jak u Rembrandta. A na placu obok dworca zaparkowało kilka maluchów , tych samych co były rano. Pewnie każdy pociąg odprawiała tutaj ta miejscowa flatera. Stopniowo i ja zacząłem być atakowany przez lekkiego śpiocha, wszak atmosfera dookoła była sielska. Tylko monotonny stukot kół uświadamiał ciągle mi , że jadę pociągiem , a nie lecę na zaczarowanym dywanie zatopionym w obłokach pary. Po pewnym czasie przemieściłem się nieszybko do wagonu sypialnego, który udawał przedziałowy wagon klasy 1-2. Pamiętam, że zanim popadłem w drzemkę, zastanawiałem się usilnie, co to za kowal tak melancholijnie wystukuje serenady pod podłogą, jakbym na „Upiorze w operze” siedział? „Stuk, stuk, zgrzyt, zgrzyt, puk, puk, łup, łup, trach, trach”.
Wtedy tego nie wiedziałem, ale teraz już wiem, bo przeczytałem w internecie na stronie „Xięgi przysłów”. Nawet naukowcy mieli kłopoty z racjonalnym wyjaśnieniem tego zjawiska. Dopiero w 1903 roku Gerard Grass i Juan Maria Marihuana na Krajowym Zjeździe Pracowników Kolei w El Paso (USA) podali zadowalające wytłumaczenie: Jak wiadomo obwód każdego koła wynosi 2*pi*r. Liczba pi to trzy z hakiem. I to właśnie ten hak uderza o podkłady kolejowe. Jak dotąd, próby usunięcia haka lub przynajmniej skrócenia go, nie powiodły się…..
Odgłos tamtego pogrzebacza z piekła rodem zachowałem w pamięci do dzisiaj. Zwłaszcza, ze nie pozwalał mi zasnąć i niczym diabelski budzik – tłukąc , przypominał raz po raz ,gdzie się znajduję. Już myślałem nawet , ze bardzo źle ze mną , gdyż białe myszki się mi objawiły na jawie. Po przebudzeniu zszarzały od dymu gryzoń, niczego sobie nie robiąc z mojej osoby, pochłaniał resztki pozostawionych na przeciwnym siedzeniu okruchów. Przyroda sama posprząta po nas, pomyślałem. Kolebał bym się tak pewnie jeszcze do końca życia wśród pól, stawów i lasów , ale szum i pisk dociśniętych do obręczy klocków hamulcowych zrzucił mnie brutalnie z wyżyn intelektualnych rozkoszy. Gdy przyjechaliśmy do Bełżca był trzydziesto stopniowy upał, który spowolnił mnie w oglądaniu nagrzanej lokomotywy, mimo, że jej gorącość zwlekała dosyć długo z odczepieniem się od składu, spowita kłębami dymu, jak we mgle. Szkaradna i filigranowa zarazem. W końcu dym jej obwisł - jednoznacznie wskazując tendencje opadową , więc niedwuznacznie oelkę olałem. Niech hrabinia zjeżdża na kanał , pomyślałem, a ona posłusznie , bez zbędnej zwłoki – oddaliła się na stronę ....gonić bażanty!
Były tam jeszcze inne ciekawe obiekty do obejrzenia, na przykład: kilka murowanych budynków gospodarczo – mieszkalnych wybudowanych chyba jeszcze w początkowym okresie funkcjonowania linii do Przeworska , no i kompleks zabudowań po byłej parowozowni. Rozejrzałem się trochę po stacji, burdel tam był nieziemski, ale taki miły dla oka, tak go przynajmniej wspominam po latach. Taki industrialny urok, ale nie z tego świata, bo bardzo prymitywny zarazem. Wszystko się jakoś komponowało ze sobą, no i semafory kształtowe jeszcze istniały. I te niewielkie detale przypominające wszystkim o eksploatowanych jeszcze stalowych smokach, jak na przykład okopcone na czarno pokrywy lamp przy peronach. Otoczenie zasieku węglowego również intrygowało, z wszystkimi anachronicznymi urządzeniami tam się znajdującymi. Nie było za to żadnych konstrukcji do odwracania parowozów i dlatego wracały one z Bełżca do Przeworska tendrami do przodu. Obecny widok tej stacji jakoś tak mnie drażni swoją nowoczesnością , a zarazem totalną pustką i brakiem żywej duszy.
Po krótkim spacerze udałem się na przystanek PKSu i zakończyłem kolejową część tej wyprawy. Wicher dziejów wykurzył mnie z tego padołu rozkoszy piekielnych i zapędził w kolejowy niebyt Tomaszowa Lubelskiego , w którym byłem wcześniej jeszcze jako dziecko . Że tez wtedy zachciało mi się poznać jego liche turystyczne osobliwości! Za parę dni skończyły się wakacje i nadszedł niespodziewany koniec lata. Jak się później okazało, była to również moja ostatnia przejażdżka pociągiem po Roztoczu ciągniętym przez trakcję parową. Co prawda przeworskie oelki pojeździły jeszcze do końca listopada 1990 r. , ale jakoś tak nigdy nie umiałem się zorganizować, żeby trochę więcej z nimi poobcować, a już jak przyszło otrzeźwienie – to odjechały do lamusa. Z kolei chełmskie kopciuchy zaprzestały planowej obsługi pociągów na Zamojszczyźnie na wiosnę 1989 r. gdzieś na oko do końca maja – do zmiany rozkładu jazdy. Był to proces stopniowy, styczeń - kwiecień trzy obiegi na trasie (Chełm ) Rejowiec – Zamość – Rejowiec ( Chełm ) oraz jeden Zamość - Bełżec - Zamość. Potem dwa obiegi do/ z Rejowca na pociągach : Chełm – Zamość, przyj. 12.50 , Zamość – Lublin odj.15.50. Lublin – Zamość przyj 0.20. Zamość – Chełm odj. 3.22. W maju już tylko jeden obieg w dzień. Po zmianie rozkładu jazdy pod koniec maja 1989 r. trakcją parową obsługiwany był obieg: Chełm – Zamość przyj.12.22, poc. nr 2211 i Zamość – Lublin nr 2216 odj. o godz. 15.50 ale stale – o ile dobrze pamiętam - tylko do początku lipca a potem już incydentalnie , w zastępstwie za SP42 i praktycznie ciężko było zastać kopciucha , więc nie dane mi już było sobie pojeździć tym pociągiem pod parą. W zimie 89/90, jak i 90/91 parowozy oddelegowane były do nas z Chełma w charakterze grzejek wagonów. Ostatnią grzejkę stwierdziłem w listopadzie 1991 roku, ale jak wyjaśnili kolejarze, trzeba było ją odesłać , bo coraz mniej wagonów miało możliwości zastosowania ogrzewania parowego, w szczególności były pozbawione tego bajeru wszystkie sztuki , po przeprowadzonych rewizjach połączonych ze zmianą malowania z oliwkowego na zielone lub czerwone.
Z końcem roku 1991 trakcja parowa na Roztoczu definitywnie przeszła do historii.

Dodał: Ty51-17

13-06-2010 Zapomniana budka

Było to bardzo, bardzo dawno temu, jeszcze gdzieś przed stanem wojennym - ale dokładnie nie pamiętam kiedy. Jechałem sobie samochodem bodajże marki wołga z Hrubieszowa do Zamościa . Była to dla mnie przejażdżka turystyczna, ale sama podróż miała charakter typowo służbowy a mój w niej udział sprowadzał się do tego, że byłem małym dzieckiem swojego ojca. Zresztą mniejsza o inne szczegóły związane z moją obecnością w tym aucie, faktem jest, że siedziałem w środku i podziwiałem widoki, zapoznając się z miejscowościami , które znałem wcześniej tylko z mapy. Oczywiście najbardziej interesowały mnie kolejowe elementy niecodziennej eskapady, które sprowadzały się do oglądanych przez szybę szerokich torów Linii Hutniczo – Siarkowej, wyjątkowo pustych przez tę całą pielgrzymkę.

Gdy zbliżaliśmy się do Werbkowic , zauważyłem przed sobą doskonale widoczne z daleka - dwa długie biało – czerwone drągi sterczące dumnie prawie w szczerym polu naprzeciw cukrowni. W pewnym momencie zaczęły one flegmatycznie zbliżać się ku matce rodzicielce – ziemi, zagradzając nam trasę przejazdu, co zmusiło kierowcę do rozpoczęcia procesu powolnego hamowania. Natychmiast zlokalizowałem winowajcę całego zamieszania, którym był kurpulentny mężczyzna odziany w kolejowy uniform w czapce z daszkiem, jednak jakiś taki rozchełstany. Stał sobie przed niewielką drewnianą budką i kręcił z wszystkich sił metalową korbą służącą do opuszczania szlabanów, które mimo, ze nie miały pionowych barierek, uniemożliwiających prześliźnięcie się pod nimi, jak ówczesne rogatki w centrum Zamościa – to i tak sprawiały wrażenie stosunkowo ciężkich. Swój kołowrotek poruszał w skupieniu, a widać było, że cała machina jest już ze wszystkich stron wyobracana i złośliwie stawia opór siłom ludzkiego mięśnia. On jednak jej kaprysami się nie zrażał i z malującym się na twarzy sporym wysiłkiem – dzielnie dawał do zrozumienia kto jest kierownikiem tej okrągłej kupy złomu. Dla obserwatora patrzącego z boku było to zajęcie bardzo monotonne, jednak osobnik ów poddawał wajchę obrotom z takim zaangażowaniem, jakby uczestniczył w grze na urządzeniu zręcznościowym. Wydawało się, że ta czynność pochłonęła dróżnika bez reszty i była dla niego dosyć męcząca, lecz generalnie sprawiał wrażenie zadowolonego z życia. Moi współpasażerowie zaczęli elegancko kląć pod nosem, jednak ja w odróżnieniu od nich wpadłem w stan błogiej euforii, gdyż zapowiadało się ciekawe kolejowe widowisko związane z przejazdem pociągu wąskotorowego, którego jeszcze nigdy w życiu nie widziałem w naturze. Akcja opuszczania barierek trwała dosłownie sekundy, przez które jednak zdołałem wyśnić w wyobraźni futurystyczne wizie ciuchci przetaczającej się przed moimi ciekawskimi oczami. Tymczasem patyki zatrzymały się w miejscu, jakby się zawahały i po dłuższej chwili - leniwie rozpoczęły unosić się z powrotem ku niebu, otwierając nam wjazd na kolejne drogowe dziurawe podboje. Procesowi towarzyszyły jeszcze pewne, nie dające się do opisania, ale momentami słyszalne we wnętrzu auta - odgłosy akustyczne wydobywające się z kręcioła. Widać było, że urządzenie protestowało przed nadaremnym , niepotrzebnym nikomu użytkiem. Z przerażeniem dotarło do mnie, iż ten niechlujny z wyglądu jegomość okazał się mieć wytworne, dziś byśmy powiedzieli - nie komunistyczne maniery i postanowił przepuścić auto, szczerząc się jeszcze do nas zębiskami, które jednak w przeszłości mogły być wykorzystywane do kasowania biletów kartonikowych. Prowajder naszego pojazdu machnął mu ręką , natomiast ja zdobyć się mogłem tylko na pokazania języka przez szybę, ale dobrze pamiętam, że mój gest został przez starszego korbowego zauważony. Mało tego – wprawiło go to w jeszcze większą wesołość , co wywołało u mnie totalne osłupienie. Oj chyba facetowi się nudziło w tej drewnianej pakamerze, która wyglądała jak buda dla bernardyna , a nie obiekt zabezpieczający ruch kolejowy. Podejrzewam, że największą przyjemność w służbowym urzędowaniu przynosiło mu kręcenie korbą we wszystkie strony świata - samo w sobie i nic więcej. Krętacz i tyle! Postawił bym go kiedyś chętnie przy głębokiej betonowej studni z wiadrem przytwierdzonym łańcuchem do wałka i zagonił do napełniania wodą zamojskiego zalewu. Jeszcze tylko podrzuciło nas na torowiskach: najpierw wąskotorowym , a potem normalnotorowym będącym bocznicą do pobliskiej cukrowni i pojechaliśmy dalej , a ja musiałem objeść się smakiem . Niestety w środku samochodu nie miałem nic do powiedzenia i nikt się z moim zdaniem nie liczył, więc pozostało mi tylko popaść w stan melancholii aż do kresu podróży.
Było to moje pierwsze spotkanie z Hrubieszowską Kolejką Dojazdową, która wchodziła już wtedy w schyłkowy okres swojej działalności, lecz jeszcze nic nie zapowiadało nadciągającego szybko kresu jej dni. Początki istnienia wąskotorówki sięgają roku 1915, kiedy została wybudowana przez austriaków jako typowo wojskowa kolej polowa. W 1918 r. linia Uhnów – Hrubieszów przeszła w ręce administracji polskiej i szybko stała się podstawowym środkiem transportu towarów i osób we wschodniej części Zamojszczyzny. Na trasie jej przebiegu funkcjonowało szereg odgałęzień i bocznic. Podczas okupacji niemieckiej była praktycznie jedynym środkiem transportu w pobliskich okolicach. Ogromną rolę w przewozie towarowym i osobowym ciuchcia odegrała po wyzwoleniu. Do końca lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku radziła sobie doskonale, praktycznie nie mając konkurencji. Niestety z początkiem lat osiemdziesiątych jej kondycja zaczęła stopniowo podupadać. Zamknięte zostały najmniej wykorzystywane odcinki i zlikwidowane puste pociągi. Jednak na podstawowych odcinkach: Werbkowice – Łaszczów i Werbkowice – Hrubieszów ruch towarowy czy pasażerski wyglądał całkiem przyzwoicie. I wtedy została podjęta pierwsza idiotyczna decyzja o zamknięciu trasy do Łaszczowa i wybudowaniu w obrębie jej przebiegu linii normalnotorowej do nowo budowanej cukrowni. Było to przysłowiowe zarżnięcie kury znoszącej złote jajka, gdyż linia z Werbkowic do Łaszczowa była tak oblężona przez pociągi towarowe, ze często robiły się tam zatory i brakowało numerów w służbowym rozkładzie jazdy. Inna sprawa to zły stan techniczny torowiska, można powiedzieć, że tragiczny, co było formalną przyczyną zamknięcia. Pod koniec lat osiemdziesiątych wzięto się za pozostałe odcinki w kierunku Hrubieszowa, bardzo dobrze prosperujące z kolei w ruchu osobowym. Bezmyślna rozbiórka infrastruktury trwała gdzieś do końca 1993 roku , fragment biegnący od Werbkowic do Hrubieszowa udało się uratować dzięki wpisowi do rejestru zabytków. Mimo wszystko te pozostałości zostały bardzo zdegradowane i to zwłaszcza w ostatnich latach. Obecnie bardzo powoli podejmowane są działania zmierzające do reaktywacji wąskotorówki , zwłaszcza w okolicach miejscowości Brodzica i wykorzystania jej jako lokalnej atrakcji turystycznej.
Stare budki dróżników na Roztoczu były raczej skromne a zarazem ciekawe. Niestety na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zastąpiono je zunifikowanymi kontenerami, które z biegiem lat w większości też ustąpiły miejsce nowoczesnym samoczynnym urządzeniom sygnalizacyjnym. Nieistniejącą już budkę dróżnika, która kiedyś znajdowała się przy tak zwanym Małpim Gaju w Zamościu zobaczymy w przywoływanym prze ze mnie często na łamach naszego serwisu filmie „Przeprawa”. Obecnie na jej miejscu od wielu lat znajduje się bardziej współczesna budowla. Wracając do hrubieszowskiej wąskotorówki, to takich budek było tam niewiele, właściwie oprócz tej w Werbkowicach, znana mi jest jeszcze lokalizacja w Hrubieszowie obok jednostki wojskowej a o innych nic nie wiem. Przejazd drogowy w Werbkowicach obok szkoły też miał szlabany, ale obsługiwane były one z nastawni wąskotorowej. Na innych odcinkach jedynym zabezpieczeniem był w najlepszym razie krzyż Świętego Andrzeja, a i to nie zawsze.

Podobną budkę do tej z Werbkowic spotkać jeszcze możemy w Opolu Lubelskim ( Nałęczowska Kolej Dojazdowa ) , gdzie zostały zachowane również urządzenia zabezpieczające ruch kolejowy, które jednak są niesprawne.

Dużym zaskoczeniem dla mnie było odnalezienie w 2000 roku werbkowickiej kanciapy na terenie prywatnej posesji , gdzie pełniła funkcję komórki. Na pierwszy rzut oka – pakamera jakich wiele, ale jakoś poczułem do niej mały sentyment i przypomniałem sobie zamierzchłe wydarzenie z dzieciństwa opisane na wstępie. Nigdy bym nie przypuszczał, że zdołała się uchować, ale z drugiej strony wiele takich budowli, kończyło w ten sposób i na kolejowych ogródkach działkowych na Rotundzie w Zamościu można było niegdyś jeszcze je spotkać w roli altan i magazynów.

Wpadł mi w ręce jeszcze jeden drobiazg związany z tematem , a mianowicie: archiwalny dziennik pracy dróżnika przejazdowego z 1987 roku. Dotyczy on kierunku jazdy z Werbkowic w stronę Hrubieszowa. Dróżnik zawiadamiany był przez dyżurnego ruchu przed odprawieniem pociągu z dworca wąskotorowego w Werbkowicach. Patrząc na poszczególne kolumny stwierdzimy, ze od czasu powiadomienia do momentu zamknięcia rogatek upływało średnio 5 minut. Zdarzały się też przypadki zawiadomień wcześniejszych o 2 – 3 minuty, lub późniejszych. Można przyjąć, że czas jazdy od Werbkowic do skrzyżowania wynosił coś ponad 5 minut. Z badania dokumentu wynika, że rogatki zamykały się już w momencie odjazdu pociągu ze stacji początkowej. Faktycznie, na przejeździe drogowym oczekiwało się bardzo długo na pociąg i tworzyły się gigantyczne kolejki. Można przyjąć i taki wariant , ze opisywana ewidencja dotyczy nastawni wąskotorowej przy szkole w Werbkowicach, gdzie też były kiedyś rogatki ,jednak to mało prawdopodobne – bo o ile sobie dobrze przypominam w 1987 r. już je zdemontowano. Funkcjonująca tam mini stacja ( kilka torów wąskotorowych ) była wykorzystywana w ruchu do/z Łaszczowa , a z chwilą likwidacji trasy na wiosnę 1985 r. straciła znaczenie . W związku z powyższym wszelkie znaki wskazują, ze zeszyt leżał na stole w budce przy cukrowni. W miejscu usytuowania strażnicy była bardzo dobra widoczność dla obydwu kierunków jazdy – pociąg więc był doskonale widoczny z daleka i na pewno słyszalny. Widząc nadjeżdżający skład dróżnik miał zapewne sporo czasu do zabezpieczenia jego drogi przebiegu. W obrębie samej budki funkcjonował też nieformalny przystanek do wsiadania i wysiadania dla pracowników cukrowni, którzy głównie z tego miejsca rozpoczynali powrót do domów w kierunku Hrubieszowa. Takich nieoficjalnych przystanków było na linii więcej.

W wyniku analizy ewidencji stwierdziłem, że w 1987 r. zasadnicza działalność kolejki sprowadzała się niestety już tylko do przewozów pasażerskich, które prowadzone były na odcinku: Werbkowice – Hrubieszów – Strzyżów. W tym kierunku w Werbkowicach uruchamiane były następujące pociągi:
1) nr 2111 – Strzyżów, odj godz. 4.50,
2) nr 2113 – Hrubieszów, odj. godz. 6.10,
3) nr 2115 – Hrubieszów, odj. godz. 8.15,
4) nr 2117 – Hrubieszów, odj. godz. 11.10,
5) nr 2119 – Hrubieszów, odj. godz. 14.20,
6) nr 2121 – Strzyżów, odj. godz. 16.14,
7) nr 2123 – Hrubieszów, odj. godz. 20.25.
Ruch towarowy wyglądał mizernie, bo sprowadzał się średnio do jednego pociągu na dobę. Bywały takie dni, że odnotowano dwa brutta, a są i takie okresy, że nie jechało żadne. Najczęściej uruchamiany był pociąg nr 2181 odjazd około 22.45 z Werbkowic. Często jeździł też pociąg nr 2169 , wyjeżdżający około godz. 9. Inne pociągi np. nr 2175 wyjeżdżający w godz. popołudniowych – uruchamiane były incydentalnie. Składy kursowały przeważnie do Strzyżowa lub Hrubieszowa.
Pociągi osobowe do z Werbkowic do Hrubieszowa i Strzyżowa przestały jeździć po trzech latach na wiosnę 1990 r. , na skutek równie niezrozumiałej decyzji, jak tej wprowadzonej 1.09.2009 r. przez Spółkę INTERCITY. Do końca eksploatacji kolejka generowała całkiem przyzwoite potoki pasażerskie, biorąc pod uwagę realia wąskotorowe. Słyszałem opinie, że Werbkowice sprzedawały w ruchu wąskotorowym , więcej biletów, niż niektóre stacje normalnotorowe w okolicy. Istnieją też namacalne dowody w tym zakresie. Ruch towarowy został niejako zarżnięty z chwilą odcięcia trasy do Łaszczowa, co było nieprzemyślaną decyzją polityczną , w praktyce realizowaną od początku lat osiemdziesiątych na skutek niedokapitalizowania wąskotorowej infrastruktury torowej. Co ciekawe rozbiórka torów posuwała się od Werbkowic w dół , nie odwrotnie, więc były z tym niezłe jaja, a mało tego: pociągi jeździły przez jakiś czas mimo odcięcia od głównej stacji – ot takie zamojskie realia. Trzeba też powiedzieć, że do tej pory istnieją w okolicach Łaszczowa kontrahenci, którzy korzystają z usług kolejowych, oczywiście tylko na odcinku normalnotorowym do Bełżca , a dalej z transportu drogowego. Z przeprowadzonych prze ze mnie rozmów wynika, ze nie mieli by oni nic przeciwko możliwości dowozu ładunków koleją do samego Łaszczowa, gdyż okoliczne drogi są bardzo dziurawe i kręte.
W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w północnej części wąskotorówki na linii od Gozdowa do Nieledwi wykorzystywanej tylko w ruchu towarowym , ułożono nowe podkłady i zwiększono znacznie parametry użytkowe, po czym całość została rozebrana w bardzo szybkim tempie. 8 maja 1991 r. zapadła decyzja o całkowitym zawieszeniu przewozów na całej wąskotorówce, a kilka dni później decyzja o jej fizycznej likwidacji. Degradacja transportu kolejowego na Zamojszczyźnie rozpoczęła się od Hrubieszowaskiej Kolejki Dojazdowej, a z czasem zaczęła zataczać szersze kręgi, co doskonale jest widoczne dzisiaj! Do historii ciuchci postaram się jeszcze tutaj wracać, ponieważ została w ostatnim czasie jakby zapomniana, mimo, ze w przeszłości stanowiła ogromną organizację transportową na Zamojszczyźnie.

Dodał: Ty51-17
Zdjęcia: Ty51-17

27-04-2010 POCZET WŁADCÓW BORTATYCZ



Po zaprzestaniu produkcji parowozów w Polsce, na początku lat sześćdziesiątych zaczęto rozglądać się za lokomotywami spalinowymi, lecz w tej dziedzinie, pomimo ciekawie zapowiadających się projektów, jak chociażby z SP47, nie mieliśmy za dużo do powiedzenia – otrzymaliśmy tabor niejako w prezencie. ZSRR zablokował u nas plany rozwoju konstrukcji liniowych lokomotyw towarowych i zaproponował „korzystne” warunki importu dużych ilości swoich maszyn. Lokomotywy serii ST44 (oznaczenie producenta M62) nazywane potocznie „gagarinami” oraz rzadziej, głównie na Pomorzu: „iwanami”- produkowane były przez Fabrykę Lokomotyw w Woroszyłogradzie, obecna nazwa miasta: Ługańsk, z przeznaczeniem do obsługi ciężkich pociągów towarowych. Do Polski trafiły w sumie 1182 sztuki. Charakteryzują się one dość wytrzymałą konstrukcją, lecz niestety i złym wpisywaniem się w łuki o małych promieniach oraz niezbyt korzystnym oddziaływaniem na tory. Klasyczne gagariny posiadają silnik dwusuwowy Diesla o mocy 2.000 KM, typu: 14D40, oznaczający się dużym zużyciem oleju napędowego i negatywnym wpływem na środowisko, który jednak realnie jest mało awaryjny . Przeniesienie napędu następuje za pomocą przekładni elektrycznej. Warto przypomnieć, ze pierwsze lokomotywy jeździły bez tłumików, dzięki czemu seria uzyskała przezwisko: „bębna tajgi”. W związku z ekologicznymi zaleceniami wydanymi przez Unię Europejską, część lokomotyw została poddana modernizacji w wyniku której m. in. wymieniono dotychczasowe silniki na czterosuwowe typu: 12CzN26/26 produkowane w rosyjskich zakładach w Kołomnie. Zmodernizowane maszyny uzyskały nowe numery inwentarzowe powyżej 1200. Lokomotywy uzyskały też nową sprężarkę, która jednak stwarzała problemy w eksploatacji (chłodzenie) a także pewne zmiany w układzie nadwozia: inne reflektory, klimatyzację no i nową niebieską kolorystykę. Niestety nic nie uczyniono w zakresie zmiany wózków z prowadzeniem widłowym zestawów osiowych, które to bardzo niekorzystnie wpływają na infrastrukturę torową.

Od chwili powstania lokomotywowni MD Zamość Bortatycze pojazdy serii ST44 stały się u nas podstawowym środkiem trakcyjnym zarówno na szerokim, jak i na normalnym torze. Gagariny o numerze inwentarzowym powyżej 2000 zasadniczo przeznaczone były do jazdy po torze szerokim. Nie zawsze było to tak ściśle przestrzegane i niekiedy można było je ujrzeć z pociągami normalnotorowymi. Dla przykładu: ST44-2001, który w dniu 05.07.1983 r. uczestniczył w wypadku przed Zamościem, kiedy drezyna najechała na tył pociągu towarowego stojącego przed semaforem wjazdowym i zaledwie 5 dni później wykoleił się jadąc z wahadłem normalnotorowym z Werbkowic w Miączynie, gdy wjechał na tor zajęty przez inny pociąg. Dopiero po utworzeniu Spółki LHS, działającej jako odrębny podmiot, tj. w październiku 2000 r. - przekazano większość maszyn o numerze większym od 2000 do niej, a resztę (numery mniejsze od 2000) pozostawiono w Spółce CARGO. Właśnie te, będące ostatnio na stanie Sekcji Eksploatacji i Napraw Taboru Trakcyjnego w Zamościu Bortatyczach, czyli mówiąc po ludzku: zamojskiej szopy - będą przedmiotem mojego zainteresowania w tym tekście. Rozprawę o szerokotorowych maszynach sobie daruję, bo: po pierwsze - mają się dobrze, póki co i... dobrze. A po drugie: kto by był w stanie okiełznać tyle gagarów w jednym miejscu? Nawet mnie się to już w głowie nie mieści. Na pewno trzeba podkreślić, że są to chyba najlepiej utrzymane maszyny w Polsce, jak i cała szerokotorowa lokomotywownia. Od wielu lat mają zunifikowaną kolorystykę malowania pudeł i na pierwszy rzut oka różnice pomiędzy poszczególnymi egzemplarzami nie były by tak widoczne, jak na torze normalnym, gdzie jest większa różnorodność pod tym względem, co mi akurat pasuje. Oczywiście, moja wypowiedź na temat lokomotyw normalnotorowych będzie jak najbardziej subiektywna, bo nie jestem żadnym ich znawcą, gdyż już w temacie parowozów to chyba większym ekspertem byłbym. A trzeba przyznać, że ta seria stała się obecnie niejako - kultową na polskich torach. Za moich czasów, to jest w schyłkowym okresie tzw. „komuny” i na początku tzw. „nowej demokracji” – w niektórych znanych mi lokalnych kręgach Miłośników Kolei - zainteresowanie nimi uchodziło za obciachowe. Ale wtedy wszystko co ruskie się tak traktowało. Ja je tolerowałem, ale wolałem parowozy.
Lokomotywy serii ST44 opanowały normalnotorowy ruch towarowy na Roztoczu, po wycofaniu parowozów od 1983 do mniej więcej połowy lat dziewięćdziesiątych. Praktycznie wszystkie pociągi towarowe w obrębie Zamościa prowadzone były gagarinami, a ruch był naprawdę spory. Tymi maszynami prowadzono większość pociągów z Zamościa do Hrubieszowa, wszystkie z Zamościa do Bełżca, gdzie następowała zmiana trakcji na ST43, z Zamościa do Rejowca lub do Żulina oraz z Zamościa do Stalowej Woli Rozwadowa, z tym, że w latach osiemdziesiątych w ruchu towarowym nie było na tej linii dużego ruchu, ponieważ była ciągle modernizowana – ciężkie wahadła śmigały głównie przez Rejowiec lub Bełżec. Lokomotywy serii SM48 zlokalizowane były na większych stacjach węzłowych, gdzie prowadziły manewry i lekkie pociągi lokalne do pobliskich miejscowości oraz na torze szerokim. Od 1983 r. parowozy praktycznie nieobecne w ruchu towarowym, dawały sobie radę świetnie w przewozach pasażerskich do końca lat osiemdziesiątych, jednak od lata 1987 r. stopniowo były wypierane przez serię SP32. Na początku lat dziewięćdziesiątych, zapewne ze względów oszczędnościowych zaczęto wycofywać gagariny z lżejszych pociągów towarowych i zdawek i zastępować je maszynami serii SM48 i SM42. Do ciągnienia ciężkich zwatych wahadeł węgla, kamienia lub innych towarów okazały się jednak być niezastąpione. Brutta z węglem z Katowic (WĘGLOKOKS) zaczęły wtedy masowo jeździć do Terminalu Przeładunkowego w Szczebrzeszynie gdzie przeładowywano je do wahadeł szerokotorowych. Prosperita w tym zakresie trwała krótko i skończyła się gdzieś z końcem ubiegłego wieku . Wtedy ruch towarowy u nas znacznie zmalał lecz mimo wszystko pozostały przewozy sezonowe, których w przypadku np. Cukrowni Werbkowice było wiele. W 2000 r. na jesieni na przykład praktycznie co drugi dzień z Werbkowic odjeżdżał jakiś transport prowadzony gagarinem, że o przewozach miału i kamienia do Cukrowni to już nie wspomnę. Duże przewozy generowała też Ciepłownia w Szopinku i Zakłady Zbożowe w Zamościu. Jednak takie dodatkowe pociągi prowadzone były najczęściej maszynami obcymi, z lokomotywowni w Rozwadowie . Zamojskie maszyny planowo obsługiwały głównie dwa pociągi towarowe z Zamościa do Skarżyska Kamiennej, nocny tzw. lopek przez Rejowiec oraz dzienny przez Rozwadów. Obieg był taki, że gagarin, który przyjechał rano lopkiem, czekał potem w Zamościu na pociąg dzienny do Skarżyska Kamiennej przez Rozwadów.
Wg stanu na dzień 01.01.1997 r. w Zamościu Bortatyczach stacjonowały pojazdy o następujących numerach: 344, 346, 350, 354, 448, 466, 818,847, 854, 859, 862 (źródło: Świat Kolei 6/99). Zgodnie z danymi przedstawionymi na Grupie Dyskusyjnej: pl.misc.kolej, autor: Księżyc nad Gieesem, ilostany ST44 w Zamościu w poszczególnych latach przedstawiały się następująco:
rok 1977: 318, 342, 347, 350, 467, 468, 470, 2001,
rok 1984: 278, 350, 390, 422, 425, 452, 618, 621, 658, 659, 818, 845, 854, 855, 858, 859, 862,
rok 1990: 344, 346, 350, 354, 425, 466, 616, 621, 650, 696, 713, 760, 818, 845, 847, 854, 859, 862, 2002, 2009, 2019,
rok 1994: 123, 344, 346, 350, 354, 448, 466, 650, 713, 760, 818, 845, 847, 854, 859, 862.

Takimi charakterystycznymi – często i długo pojawiającymi się w Zamościu i okolicach maszynami były oczywiście: 350 oraz 818, 859 i 862. Inne gagariny, które nie doczekały do naszego wieku, a które dobrze pamiętam w ruchu na przykład w 1997 roku to: 346 i 847.
Na początku naszego wieku w Bortatyczach eksploatowano tylko trzy egzemplarze serii 44: 358, 818 i 862. Obsługiwały głównie tzw. sztywniaki, tj. dwa wspomniane już wcześniej pociągi towarowe z Zamościa do Skarżyska Kamiennej. Szczególnie 862 był bardzo widoczny w ruchu. Maszyny: 313, 854 i 859 stacjonowały w Rozwadowie. 854 był odstawiony a pozostałe przyjeżdżały z nieregularnymi wahadłami do Zamościa lub do Werbkowic, czy Hrubieszowa, przeważnie pojedyńczo (talboty z kamieniem, gruszki ze zbożem) lub w doprzęgu z lekką lokomotywą manewrową SM42 (węglarki z miałem) . Ich podstawowym zajęciem było prowadzenie na linii kraśnickiej na odcinku: Lublin Zemborzyce – Rozwadów ciężkich pociągów z miałem z Jaszczowa do Połańca.

Zapotrzebowanie na liniowe lokomotywy towarowe na Zamojszczyźnie wzrosło z chwilą przekierowania ciężkiego pociągu towarowego z Jaszczowa do Połańca, który jeździł pierwotnie przez Lublin i Kraśnik, na trasę przez Rejowiec i Zawadę. Nastąpiło to z pewnymi perturbacjami na początku 2003 r. i obsługę do tych wahadeł zabezpieczały maszyny z Bortatycz. Nie bez znaczenia miały tu też względy polityczne, gdyż po kasacji połączeń pasażerskich zaczęło brakować zatrudnienia u nas dla kolejarzy. Dodatkowym argumentem było zakorkowanie trasy przez Kraśnik, gdzie ruch osobowy był ciągle duży. Pierwotnie testowane były różne warianty, tj. część wahadeł przez Kraśnik, część przez Zawadę, toteż maszyny krążyły pomiędzy Zamościem a Rozwadowem w miarę potrzeby. Z czasem lokomotywy o numerach: 313 i 854 przeniesiono stopniowo z Rozwadowa do Bortatycz. Po jakimś czasie zrobił się taki ruch, że maszyn zaczęło u nas brakować. Sukcesywnie zaczęły przybywać egzemplarze z innych części kraju, dla których nie było już zatrudnienia w ich macierzystych jednostkach, lub takie, które były odstawione ze względu na zużycie i nadawały się tylko do naprawy.
Jeszcze 27.08.2009 r. był tłok na stacji w Zawadzie, co przedstawia wyżej zamieszczone zdjęcie. Niedawno zastanawiano się nad rozbudową tego ważnego węzła, gdyż znajdujące się tam cztery tory czasami nie wystarczały do przyjęcia wszystkich pociągów. Bardzo często krzyżowały się tutaj pociągi z węglem do Połańca z próżnymi wahadłami do Jaszczowa. Widok odstawionych węglarek oczekujących na lokomotywę, która zjechała do Bortatycz na obrządzenie również nie należał do rzadkości. O pociągach pasażerskich już nie wspomnę, żeby nie było, ze nie na temat! Jakoś teraz w Zawadzie zrobiło się znacznie luźniej.

Odrębna historia to zastosowanie tych maszyn w ruchu pasażerskim. Gagarinami można prowadzić pociągi osobowe tylko poza sezonem grzewczym, gdyż jako typowe lokomotywy towarowe, nie mają one zainstalowanych urządzeń pozwalających na ogrzewanie wagonów. Jeszcze w trakcie ery parowozów (połowa lat osiemdziesiątych) kursowały planowo z pociągami relacji Stalowa Wola Rozwadów – Zamość – Stalowa Wola Rozwadów, z tym, że na ogół były to maszyny rozwadowskie. Nie były to pociągi ciężkie, wręcz przeciwnie dwa/trzy wagony ale posiadające własne ogrzewanie i stąd zapewne takie rozwiązanie. Po wycofaniu trakcji parowej przez pewien okres wspomagały one w okresie letnim awaryjne lokomotywy serii SP32, głównie na HETMANIE, ROZTOCZU (Zamość - Warszawa) i pociągu Hrubieszów – Kędzierzyn Koźle. Nie wiem z czego to wynikało, ale już za ery odkurzaczy, czyli serii SP32 – bywały takie dni w roku, przeważnie na końcu/początku maja, że na wszystkich pociągach pasażerskich zamiast SP32 na kilka dni pojawiały się właśnie gagariny. Jakby żółtki miały jakąś zbiorową rekonwalescencje w tym okresie. Po kilku dniach wszystko wracało do normy. Wizyta Papieża Jana Pawła II w Zamościu w czerwcu 1999 r., była również okazją do szerszego zaistnienia tej serii w ruchu pasażerskim, gdyż większość z bardzo długich wtedy pociągów dowożących pielgrzymów do Zamościa prowadzona była jedynie słusznymi maszynami, sprowadzanymi nawet z innych lokomotywowni, bo naszych już nie starczało. I wreszcie wakacje 2004 roku, kiedy na skutek afery dotyczącej lokomotyw serii SP32, w wyniku której to, wszystkie żółtki (SP32) zostały unieruchomione przez komornika – serią ST44 obsługiwano pociąg pośpieszny HETMAN na odcinku Zamość – Dębica, przy czym maszyny te incydentalnie można było spotkać na innych pociągach, przejętych do obsługi przez SM48 i SU45. Podobnie rzecz się miała w lecie 2005 i 2006 r. W późniejszym okresie, aż do całkowitej likwidacji połączeń osobowych - gagarina na pociągu pasażerskim można było spotkać raczej sporadycznie w nieprzewidywalnych przypadkach awarii lokomotyw osobowych i braku lepszego sprzętu do ich zastąpienia. W efekcie zdarzało się to kilka razy w roku. Czasami spotykało się tą serię na przesyłach wagonów pasażerskich z Lublina do Hrubieszowa ZNTK i z powrotem (tzw. KLASY) i to o różnych porach roku, gdyż składy w zimie nie były ogrzewane. Sporadycznie widywałem je na „jazdach próbnych” tj. pociągach relacji: Hrubieszów ZNTK – Idzikowice – Hrubieszów ZNTK, które służyły do testowania wagonów pasażerskich. Na jeździe próbnej testowany był gagarin 1076 w lecie 2008 roku.

Zdjęcie kasacji nieznanego gagarina na złomowisku kolejowym w Werbkowicach zrobione pod koniec 1999 r. przez Bartosza Sojdę. Pocięto tam również sporo wagonów i lokomotywy manewrowe SM03, a nawet parowóz Ty2-194.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku pojawiła się plotka o niechybnej likwidacji tej serii w Polsce. Dziesięć lat temu PKP zaprzestało napraw i postanowiło zastąpić gagariny tzw. rumunami, czyli serią ST43. W tym okresie bezmyślne skreślono i wysłano na przemiał do huty wiele maszyn, niektóre nawet w bardzo dobrym stanie technicznym. W latach: 1998 – 1999 skreślono z inwentarza ponad 500 sztuk, jak pisał J. Remisiewicz w Świecie Kolei nr 5/2000. Stacjonujące w Bortatyczach lokomotywy również dosięgła ta swoista urzędnicza zaraza. Nie dość, że sporo wtedy pocięto, to na dodatek były i poważniejsze incydenty, jak chociażby z tymi, które przez 10 lat okazały się być niczyje, a potem to się nadawały już tylko na szkielety dla batmanów, czyli szerokotorowych ST40s. Tak, chodzi o odstawione do niedawna trupy szerokotorowych maszyn, które, gdy powstawała Spółka LHS - to niekoniecznie wszystkie były w takim złym stanie, jak ostatnio. Ale – mniejsza o nie, tj. świeć im Panie nad ich duszą. Po kilku latach w całej Polsce zaczął się proces zupełnie odwrotny. Na gwałt zaczęto wskrzeszać wszelkie maszyny, które zdołały się uchować. Dlatego do normalnotorowej lokomotywowni w Bortatyczach systematycznie ściągano z całej Polski odstawione z użytkowania motory, by po liftingu zagonić je znowu do roboty. No oczywiście nie ze wszystkimi się dało tak postąpić, bo części zamienne dla nich też trzeba było przeważnie organizować sposobem gospodarczym, więc niektóre maszyny skończyły jako dawcy narządów. Gagariny pojawiły się również u naszych przewoźników prywatnych, gdzie dosyć dobrze się sprawdziły i teraz obserwujemy na naszych torach wiele interesujących maszyn, które jednak pochodzą z zagranicy, przeważnie ze wschodu lub z Niemiec. Przy okazji warto zwrócić uwagę na charakterystyczną dla PKP postawę, którą można określić mianem: „psa ogrodnika”, który co prawda sam nie zjadł, ale drugiemu też nie dał. Od około 10 lat obserwujemy powstawanie i przeobrażanie się prywatnych firm przewozowych, ale żadna z nich nie mogła kupić lokomotywy ST44 od PKP, pomimo, że firma ta sama skasowała ich wiele, swego czasu. Polityka była taka, że nie pozwolono na zakupy krajowe nieużywanych maszyn, lecz nikomu nie przeszkadzało ściąganie do nas złomu z całego świata. Dopiero ostatnio się to zaczęło wszystko zmieniać, jak chociażby z serią SP32, której teraz żadna z kolejowych państwowych spółek nie chce, a znaleźli się chętni właśnie z sektora prywatnego.

09.09.2009 r. Przez centrum Zamościa przejeżdża wahadło miału do Hrubieszowa z ST44-1241 z firmy prywatnej PTK Holding S.A. Zabrze. Ten kolorowy gagarin na pierwszy rzut oka wyglądający bardzo elegancko, ze względu na swoja awaryjność, został ochrzczony przez użytkowników przezwiskiem :”KURSK”.
Jak już wcześniej zaznaczyłem, o technicznych problemach związanych z eksploatacją poszczególnych maszyn nie będę w stanie się wypowiedzieć. Skupie się głównie na walorach estetyczno – ruchowych. Jeżeli jednak którąś lokomotywę nieświadomie urażę swym komentarzem, to z całego serca - wielce szanowne żelazo przepraszam. A oto krótkie charakterystyki tych nowożytnych (rezydujących w Bortatyczach po 2000 roku) lokomotyw serii ST44.

ST44-013. Jeden z najstarszych gagarinów w Polsce. Był na stanie MD Gniezno, skąd po skreśleniu z inwentarza gdzieś około 1998 roku, przekazany został do Bortatycz.Niestety pełnił u nas tylko wielce niewdzięczną funkcję dawcy organów i wkrótce jego doczesne szczątki znikną z powierzchni ziemi.

Maszyna nr 313 dłuższy czas stacjonowała w lokomotywowni Rozwadów. Od początku 2000 r. zaczęła nieregularnie pojawiać się na Roztoczu z wahadłami do Zamościa i Werbkowic. Miesiąc październik 2000 r. Przez centrum Zamościa przejeżdża wahadło talbotów prowadzone przez 313 oraz jakąś rozwadowską stonkę, czyli SM42.

14.07.2006 r. Do Zawady wjeżdżają klasy czyli wagony przeznaczone do naprawy w ZNTK Hrubieszów. ST44-313 stosunkowo rzadko można było spotkać na pociągach pasażerskich.

06.11.2006 r. 313 razem z SM48-127 prowadzą wahadło do Hrubieszowa. To był gorący okres na Roztoczu i w ruchu można było ujrzeć wszystkie nasze stalowe smoki. Widok tego motoru na pociągu nie należał do pospolitych w tym okresie. Lokomotywa stosunkowo często stała w warsztacie i była chyba awaryjna. Pod koniec 2007 r. została wysłana na naprawę do PESA Bydgoszcz i wróciła do Zamościa w dniu 31.01.2008 r. w nowym zielonym malowaniu.

13.04.2008 r. stacja Susiec, 313 prowadzi pociąg pośpieszny „ROZTOCZE” z Wrocławia. Tego dnia rano na „HETMANIE” zdefektowała w Stalowej Woli lokomotywa SP32-147 i na podmianę wyznaczono akurat znajdującego się „pod ręką” gagarina, który wrócił do Zamościa właśnie na pociagu "Roztocze", zgodnie z obiegiem przewidzianym w rozkładzie jazdy. Wykonał jazdę na odcinku: Rozwadów - Dębica z "Hetmanem", Dębica - Rzezów - luzem i Rzeszów - Zamość z "Roztoczem".

22.05.2008 r. doniesiono na naszym boxie o pojawieniu się u gagarina nr 313 malowania częsci czołowej na żółto. Po raz pierwszy ujrzałem go w takim deseniu w dniu 27.05.2008 r., a powyższe zdjęcie wykonano w Zamościu w dniu 28.05.2008 r. Nie widać na razie żadnych dodatkowych ozdobników.

29.08.2008 r. stacja Zamość. Maszynie, jak i pozostałym tej serii na czerwono zaznaczono drobne detale na częściach czołowych.

Gagarin i dwa wagony serii 94 A, takie same jak - widoczny na zdjęciu, to typowy skład pociągu „BOLEK i LOLEK” (nazwa potoczna) relacji: Zamość – Stalowa Wola Rozwadów w połowie lat osiemdziesiątych. Dochodził tutaj jeszcze często jeden dwuosiowy wagon serii Bi z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku z otwartymi pomostami a nawet z pozostałościami po oznaczeniach klasy trzeciej i robił się „BOLEK I LOLEK NA DZIKIM ZACHODZIE”. Pamiętam nawet tzw. bocznika na tej relacji, czyli wagon z wejściami bezpośrednio do przedziałów pasażerskich, ale to już było naprawdę bardzo dawno. U schyłku lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych lokomotywa ST44- 350 była sztandarową maszyną w ruchu normalnotorowym, nawet zastanawiałem się często, czy innych gagarinów to nie mają u nas, bo jej tak pełno było wszędzie. Można powiedzieć, że stacje Zamość to okupowała a inne stąd przeganiała. Zawsze wyróżniała się charakterystycznym malowaniem, odbiegającym od schematu tradycyjnego, właśnie na skutek różnego rodzaju ozdobników. Eksploatowana była dosyć długo. Gdy pod koniec marca 1994 roku wybrałem się do Ruskich Piask w celu identyfikacji znajdującego się przed stacją tendra od parowozu - to zastałem tam wahadło około 30 krytych wagonów z ST44-350 na czele, które po przepuszczeniu osobowego wyruszyło do Zawady.
15.03.1997 r. prowadziła ładowne miałem wahadło 25 węglarek do Werbkowic. Widziana była również z wahadłem z Hrubieszowa w dniu 2.06.1997 r. Niebawem została odstawiona, ale nawet po skreśleniu z inwentarza stała dosyć długo przed halą w Bortatyczach i służyła za dawcę części zamiennych. Pocięta została w lecie 2005 r., a jej elementy zapewne były wykorzystane do odbudowy nr 818, która miała miejsce w tym czasie.

05.01.2002 r. ST44-358 wraca z Hrubieszowa z dodatkowym pociągiem osobowym, który został uruchomiony w tym dniu, aby przewieźć w kierunku Hrubieszowa pasażerów, którzy przyjechali opóźnionym o 4 godziny nocnym pociągiem z Wrocławia. W okresie od roku: 2000 do początków lata 2004 r. taki widok zdarzał się w naprawdę incydentalnych przypadkach, ponieważ były to złote lata dla serii SP32, która prawie całkowicie zdominowała ruch osobowy, zwłaszcza, ze niektóre z tych lokomotyw zostały zmodernizowane. Tego akurat dnia postanowiono nie opóźniać odjazdu planowej osobówki o 7.30, która, kiedy do Zamościa wjechał opóźniony Wrocław, zdążyła już wykonać obieg z Zamościa do Hrubieszowa i z powrotem. Był to jeszcze taki okres na PKP, gdy przejmowano się losem pasażerów, a akurat lokomotywa nr 358 była niejako „pod ręką”, gdyż przyprowadziła rano do Zamościa pociąg towarowy . O ile spotkanie ST44 na przewozach osobowych na ogół należało do przypadków incydentalnych, to ten gagarin miał chyba najwięcej takich epizodów w trakcie swojej eksploatacji. Jednym słowem: rakieta pasażerska! Ale jak ktoś wcześnie zaczyna, to potem całe życie ma z górki. Lokomotywa przez długi czas stacjonowała w Rozwadowie, a w Zamościu pojawiła się gdzieś pod koniec 1999 roku. Z tym, że były przerwy: można powiedzieć, że gagarin pojawiał się i znikał. Po jakimś czasie się w końcu zaaklimatyzował u nas.

08.2001 r. Gagarin nr 358 wyjeżdża z Zamościa z poć. TLG 22770/1 Zamość – Skarżysko Kamienna, obsługiwanym planowo przez serię ST44 na odcinku Zamość – Stalowa Rozwadów i z powrotem. Jest to jeden z ostatnich pociągów, kto wie, czy nie ostatni, ponieważ wkrótce został odwołany. Nadawane w nim były często wagony z zakładów zlokalizowanych w Dzielnicy Przemysłowej Zamościa, w tym z Zamojskich Fabryk Mebli. Dłuższy postój miał również w Szczebrzeszynie, skąd zabierał ładunki z Terminalu Przeładunkowego w Brodach. W Szczebrzeszynie wyprzedzany był też przez pociąg osobowy z Zamościa do Stalowej Woli Rozwadowa, który zresztą w okresie robienia zdjęcia już nie jeździł (zlikwidowany od VI 2001 r.). Klienci kolei obsługiwani przez dzienny pociąg towarowy do Skarżyska Kamiennej również zostali w tym czasie zlikwidowani, więc potem przyszła kolej i na niego.

09.01.2004 r. stacja Krasnystaw Towarowy. Z Pociągiem do Jaszczowa stoją: świeżo naprawiony w Bortatyczach 358 (pomarańczowy trójkąt na boku pudła) oraz 854 (żółty trójkąt na boku pudła) . Gagarin nr 358 praktycznie przez cały 2003 rok już nie jeździł i był odstawiony w Bortatyczach.

07.05.2004 r. Przez centrum Zamościa przejeżdża eszelon z Hrubieszowa, który od Zawady udał się w kierunku Rejowca. Zwraca uwagę napis na osłonie słonecznej w kabinie. Odnoszę wrażenie, że ten pojazd był lubiany przez mechaników. I chyba większych problemów z nim nie było. Powiem tak: jak jeździł, to jeździł, ale już jak się zepsuł, to też porządnie. Pracował intensywnie do kwietnia 2007 r., a potem znowu prawie roczny postój na skutek jakiejś poważniejszej awarii (nie pamiętam już czego) i został wysłany na naprawę do PESA w Bydgoszczy. Po remoncie i uzyskaniu zielonych barw pojawił się w końcu czerwca 2008 r. potem został przesłany do Rozwadowa (zdjęcie z 28.06.2008 r. przy opisie pojazdu nr 2023), gdzie miesiąc pojeździł w tych ekologicznych kolorach. Ja go tu na szlaku nie widywałem, chociaż obserwowany był z wahadłem w Hrubieszowie. Nie wiem: dobrze się maskował, czy co? 31.07.2008 r. pojawił się u nas ponownie, w transporcie na zimno, a w ruchu od września 2008 r., ale już w „firmowych” barwach zamojskich., czyli zielono – żółtych.

14.09.2008 r. Tego dnia ruch towarowy był bardzo duży, a widoczne na zdjęciu maszyny udały się do Rozwadowa po kolejne wahadło.

07.12.2009 r. Maszyna zrobiła się trochę pechowa: a to kogoś przejedzie, a to coś w nią wjedzie....Na fotce widoczny jest efekt kolizji w dniu 11.09.2009 r., kiedy lokomotywa doznała bliskiego spotkania z tirem na przejeździe kolejowym w Kłyżowie. Motor miał po wszystkim tylko trochę wgniecioną blachę, ale z pojazdu drogowego za wiele nie zostało. No cóż, trzeba znać swoje miejsce w szeregu!

ST44 – 360 pierwotnie eksploatowana była w Skarżysku Kamiennej. W Zamościu stacjonowała od marca 2004 roku. Jej przybycie było przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, gdyż okazała się być praktycznie niezniszczalną. Od początku zaczęła kursować z ciężkimi wahadłami. 22.06.2006 r. Do Zamościa wjeżdża zdawka z Hrubieszowa prowadzona przez ST44-360, 758 oraz SM48-127. Obok stoi ST44-862. Widok trzech motorów na czele pociągów zawsze należał do rzadkości. W tym przypadku było to spowodowane oszczędnościami. Przewoźnik nie chciał dodatkowo wykupywać trasy, tylko podsyłał lokomotywy, które przyprowadziły do Werbkowic ładowne wahadło, łącznie z planowym pociągiem towarowym, potocznie nazywanym zdawką, gdyż transportowało się w nim różnego rodzaju wagony od rozdrobnionych nadawców. Takie widoku można było zaobserwować na Roztoczu w roku 2006 i 2008, szczególnie na linii z Zamościa do Hrubieszowa, z tym, że najczęściej lokomotywy były porozmieszczane na obydwu końcach składów. Od 1988 r. wprowadzono obowiązek malowania czół wszystkich lokomotyw należących do PKP na kolor żółty, co wiązało się z poprawą ich widoczności. Od 2002 zaczęto stopniowo odchodzić od tej praktyki, z uwagi na wprowadzenie obowiązku jazdy na światłach w porze dziennej. 360 był najdłużej jeżdżącym zamojskim gagarinem z żółtym czołem.

26.07.2007 r. „KLASY” z Hrubieszowa ZNTK do Lublina prowadzi ST44-360. Tego gagarina dosyć często (podobnie jak 358) można był spotkać z pociągami osobowymi. 11.06.2008 r. został z Zamościa wyekspediowany w pociągu towarowym do naprawy głównej w PESA Bydgoszcz, skąd wrócił w dniu 30.10.2008 r. pomalowany na zielono, jako jeden ostatnich w Polsce, gdyż Spółka CARGO niebawem zmieniła malowanie firmowe na kolor niebieski, takie jak u maszyn nr 1217 i 1223 .

12.01.2009 r. Lubycza Królewska. Na bocznicy należącej do Elewatora manewruje ST44-360 z „gruszkami” służącymi do przewozu materiałów sypkich (zboża i pasze). Pociąg niebawem uda się do Zawady, jako tzw. „katalog” czyli zamówiony dodatkowo z wykazu tras katalogowych. Brutto w Lubyczy Królewskiej to teraz jest zdarzenie incydentalne, a jeszcze w ubiegłym wieku było czymś normalnym!

7.10.2009 r. Przez Biłgoraj przejeżdża ładowny „Połaniec” z 360 na czele. Maszyna już w zamojskich barwach firmowych, czyli z żółtym czołem i trójkątem na boku pudła. W wersji zielonej jeździła i tak dosyć długo bo do połowy czerwca 2009 r., czyli jak zwykle musiała się czymś wyróżniać. Teraz też ma trochę inny odcień tego żółtego barwnika. Ostatnie jej chwile w wersji „green” również zostały uwiecznione na zdjęciach do moich artykułów zamieszczonych w lecie ubiegłego roku.

Poprzednio, lokomotywa ST44-758 stacjonowała w Skarżysku Kamiennej. W Bortatyczach rezydowała od grudnia 2003 roku, jednak nie przyszła „na chodzie” lecz „na holu” . 27.12.2003 r. Tak prezentowała się w chwili przybycia, ot, gagarin jakich wiele. Po jakimś czasie, zaczęły krążyć po Zamościu plotki o niezidentyfikowanym czerwonym pojeździe, bynajmniej nie UFO, lecz szynowym - zaobserwowanym na Bortatyczach. W ruchu tego nikt nie widział. W pierwszej wersji zakładano, że to któraś z prywatnych maszyn przyjechała do nas do naprawy. Zaintrygowała mnie ta sprawa oczywiście i po dokonanych oględzinach na miejscu stwierdziłem, że faktycznie cuś czerwonego - zamaskowane stoi na hali.

Zagadka rozwikłała się w dniu 18.05.2004 r. Wtedy, ta zjawa przyjechała rano do Zamościa z „lopkiem” (nocnym pociągiem towarowym). Na powyższym zdjęciu na wiadukcie w Siedliskach podczas zjazdu do zajezdni. Jednych takie malowanie szokowało, mnie oczywiście nie, faktem jest, że był to pierwszy gagarin w Polsce pobazgrany w ten deseń, który miał się stać przez pewien okres firmowym malowaniem lokomotyw dla Spółki CARGO. Spodobało mi się jego przezwisko jakie znalazłem niegdyś w internecie: „Czerwony Październik”.

01.07.2004 r. 758 wraz 358 przejeżdżają z pociągiem do Połańca przez Izbicę. Jak widać, układ malowania firmowego CARGO został co nie co zmodyfikowany. Samo malowanie z czasem trochę wyblakło, co będzie widoczne na następnych zdjęciach. Maszyna jeździła u nas z przerwami na awarie do grudnia 2007 r. i po tym okresie dosyć nagle została wysłana do naprawy głównej, połączonej z wymianą silnika. Modernizacja przeprowadzona przez PESA Bydgoszcz została zakończona w sierpniu 2008 r. Lokomotywa otrzymała nowy numer: 1209 i już do nas nie wróciła. Ostatni przydział: CT Białystok.

ST44-818 to długoletni rezydent szopy w Bortatyczach i często widywany na szlakach w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, jak i w okresie: 2000 – 2003r.15.09.2003 r. Na stacji w Klemensowie zatrzymany został ładowny „Połaniec” z 818 i 313 na czele. Brutto przepuszczać będzie pośpieszny „ROZTOCZE” z Rawy Ruskiej do Warszawy Zach. Po torze szerokim szoruje ST44-2012. W tym czasie gagarin 818 był już dosyć wyeksploatowany i wkrótce został odstawiony od użytkowania. Dłuższy czas się poniewierał po różnych krzakach na Bortatyczach, aż wreszcie ujrzałem go na szlaku w dniu 25.10.2005 r. w nowym „krwawym” malowaniu. Naprawę główną dokonano na miejscu w Bortatyczach, gdzie już jako nowy czerwony krążownik stał przez całe wakacje 2005 roku , lecz z pociągami nie jeździł. Po udanej inicjacji stary – nowy sprzęt przez kolejne dwa lata był dosyć intensywnie eksploatowany.

16.07.2007 r. Przez Płoskie przejeżdża lopek, czyli nocny pociąg towarowy stałego kursowania ze Skarżyska Kamiennej do Zamościa . W pociągu tym przewożona była większość towarów do stacji zlokalizowanych na Roztoczu. Po rozrządzie w Zamościu formowane były oddzielne pociągi z wagonami do poszczególnych odbiorców w regionie. Na powyższym zdjęciu widzimy lokomotywę ST44-818 włączono na zimno w środek składu. Właśnie w tym pociągu dosyć często transportowane były lokomotywy do/z lokomotywowni Bortatycze (dla obydwu szerokości torów) . W pierwszej połowie 2007 r. mieliśmy lokalny kryzys w przewozach towarowych, gdyż Spółka CARGO przestała obsługiwać połączenie towarowe z Jaszczowa do Połańca. Na pociągach z/do Bogdanki pojawiły się lokomotywy należące do Kopalni Węgla serii S200, a trasę wahadeł zmieniono i skierowano je przez Lublin i Kraśnik. Część lokomotyw z Bortatycz serii ST44 stała się wtedy bezużyteczna u nas i na przykład nr 818 skierowany został do Tarnowskich Gór. W wakacje 2007 r. Połańce zaczęły się ponownie u nas pojawiać, więc lokomotywa wróciła na stare śmiecie.

02.08.2007 r. Przez centrum Zamościa przejeżdżają 758 i 818 - luzaki: , czyli lokomotywy bez wagonów. Maszyny przyprowadziły wcześniej wahadło miału do Hrubieszowa i wracają stamtąd do lokomotywowni w Bortatyczach. W 2007 r. dwa czerwone motory na składach towarowych to był częsty widok. Na powyższym zdjęciu widać różnicę w malowaniu pomiędzy poszczególnymi czerwonymi gagarinami. 818 pomalowana jest farbą poliuretanową a 758 zwykłą farbą.

11.10.2007 r. Do Zawady zbliża się pociąg pośpieszny „SOLINA” z Zamościa do Warszawy Zach. W 2007 r. ten gagar często pojawiał się z pociągami pasażerskimi. W grudniu 2007 r. maszyna razem z 758 wysłana została do ZNTK .We wrześniu 2008 r. zakończona została modernizacja przez PESA Bydgoszcz, po której lokomotywa już silnikiem czterosuwowym otrzymała nowy numer: 1210 . Nie wróciła już do Bortatycz, lecz otrzymała przydział do CT Bydgoszcz.

ST44-854 to stara zamojska maszyna. Na początku 2000 r. znalazła się w Rozwadowie. Jakiś czas była odstawiona. Pod koniec 2002 r. sprowadzono ją z powrotem do Bortatycz, gdzie przeprowadzono jej remont. Od początku 2003 r. pojawił się w ruchu - jako pierwszy w Polsce gagarin z zielonym czołem. 27.09.2005 r. Przez Płoskie przejeżdżaja tzw. „czołg” złożony z ST44: 854,358 oraz SU45-190. Gagariny wcześniej zaprowadziły wahadło kamienia do Werbkowic. 854 wyróżniał się nie tylko oryginalnym malowaniem, ale i charakterystyczną syreną i dźwiękami pracy silnika. 29.03.2006 r. Lokomotywa prowadząc ciężki pociąg próżnych węglarek z Połańca do Jaszczowa wykoleiła się i spadła z nasypu przed stacją Izbica. Niestety została pocięta na złom na miejscu, gdyż nie było możliwości jej podniesienia.

ST44-859 do końca lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku stacjonował w Bortatyczach i spisywał się chyba całkiem dobrze. W 2000 r. trafił do Rozwadowa, gdzie był praktycznie jedynym reprezentantem tej serii przez długie lata, dosyć intensywnie eksploatowanym. Zatrudniany tam był na wszelkich wahadłach w kierunku Lublina, Dębicy czy też uruchamianych w związku z reaktywacją linii Rzeszów – Tarnobrzeg. Często spotykany był z eszelonami do poligonu w Nowej Dębie. 13.09.2007 r. Gagarin wspomaga słynącą z awaryjności lokomotywę SU45-173, która prowadzi pociąg pośpieszny „HETMAN” z Zamościa do Wrocławia. Na tym pociągu często tak bywało, że z powodu awarii planowej maszyny, w Stalowej Woli Rozwadów dokonywano podmiany na nową, z miejscowej sekcji. Z takiego powodu 859 przyprowadził do Zamościa HETMANA w dniu 12.09.2007 r., razem ze zdefektowaną SM48-084 i w dniu 13.09.2007 r. miał tylko zostać przesłany tam z powrotem. Potem okazało się, że suka (SU45-173) nie była w stanie samodzielnie wyjechać poza Rozwadów i 859 musiał ją zastąpić całkowicie aż do Dębicy.

31.03.2008 r. Widok z wiaduktu w Zawadzie. 859 transportowany jest w składzie pociągu zdawczego do zajezdni w Bortatyczach. Obok przejeżdża ładowny pociąg do Połańca z ST44-1074. ST44-859 zdefektował na pociągu towarowym ze Skarżyska Kamiennej. W tym okresie gagarin pełnił służbę u nas w ramach oddelegowania z Rozwdowa, gdyż tam nie było dla niego zatrudnienia. Ostatnimi laty tak czasem bywało, jak i również sytuacje odwrotne, tj maszyny z Bortatycz przesuwano do Rozwadowa lub do Lublina.

Od 2009 r. trafił ponownie do Bortatycz, lecz został odstawiony do naprawy rewizyjnej. Naprawa została praktycznie u nas zakończona. Maszynę nawet pomalowano, ale wyjechać w trasę pod szyldem Bortatycz już nie zdążyła. 30.12.2009 r. została przesłana do Lublina i do tej pory w ruchu na Roztoczu jej nie zobaczyłem. Warto jednak wspomnieć ciekawy epizod z ST44-862, który jeździł przez krótki czas na jesieni 2009 r. z oznaczeniami ST44-859.

Lokomotywa ST44-862 praktycznie przez cały okres swojej eksploatacji związana była z Zamościem. Pierwotne oznaczenie to 310, podmieniona została na początku lat dziewięćdziesiątych. Pojazd u nas spisywał się bardzo dobrze i był nie do zdarcia. 27.06.2005 r. Z Zawady wyrusza pociąg towarowy do Połańca z 862 i 360 na czele. Na wiadukcie w Wólce Orłowskiej (trasa: Rejowiec – Zawada) obowiązywał już zakaz podwójnej trakcji. Do Zawady lokomotywy były rozmieszczone na końcach składu, a w Zawadzie 862, która była na popychu, została włączona na czoło pociągu. W 2005 roku była właśnie taka praktyka stosowana a 862 można było często zobaczyć na „POŁAŃCU”.

27.05.2005 r. Zamość. Lokomotywa stoi na torze 3 po przyprowadzeniu przesyłu naprawionych wagonów osobowych z ZNTK Hrubieszów. W tym okresie wagony te były włączane w Zamościu do rozkładowych składów pasażerskich i przesyłane w Polskę. 07.08.2006 r. gagarin został wysłany do naprawy do Bydgoszczy. Wrócił do nas w listopadzie w jednolicie zielonym malowaniu.

20.07.2007 r. Zielony 862 razem z SM48-120 wyruszają z Zamościa z wagonami składu pośpiesznego do Wrocławia „HETMAN”. W 2007 r. maszyna była często wykorzystywana do pociągów uruchamianych w Lublinie (wpadła w oko tamtejszym kolejarzom) i dosyć często krążyła pomiędzy Zamościem, Rozwadowem a Lublinem. Kilka razy była przesyłana w tym celu na „HETMANIE” w ramach podsyłu, żeby nie wykupywać dodatkowego pociągu w PLK.

25.08.2008 r. Wahadło miału do Werbkowic zbliża się do posterunku osłonnego: Jarosławiec, gdzie znajduje się skrzyżowanie z torem szerokim. Maszyna już w charakterystycznym zamojskim malowaniu zbliżonym do malowania LHS. Na tyle pracuje SM48-074. Konieczność zatrudnienia lokomotywy manewrowej „walentyny” wynika ze złego stanu mostu na Huczwie w Werbkowicach. Po tym moście wstawia się wagony na bocznice należącą do Cukrowni Werbkowice. Gagarin jest za ciężki, aby na niego wjechać.

ST44-895,910: Od początku kwietnia do początku grudnia 2008 r. te oryginalnie pomalowane maszyny jeżdżące na co dzień nad morzem i w okolicach były w delegacji w Lublinie. Spotkać je można było także u nas na różnych ciężkich wahadłach. 14.09.2008 r. pociąg lokomotywowy złożony z gagarinów o numerach: 895, 910,1076 i 2023 zjeżdża z Zawady do jednostki w Bortatyczach. Lokomotywy z /do Bortatycz do/z służby na pociągi przesyłane były luzem w różnych zestawieniach przeważnie po dwie sztuki, ale i większe ilości na raz też się zdarzały, chociaż już sporadycznie. Takiego widoku na Zamojszczyźnie już raczej nie zobaczymy, przynajmniej nie na odcinku z Zawady do Bortatycz.

ST44-992: Od początku kwietnia do początku grudnia 2008 r. maszyna, która formalnie rezyduje w Zajączkowie Tczewskim, była w delegacji w Lublinie. Jej sprowadzenie wiązało się z zamknięciem i remontem linii Rzeszów – Kolbuszowa i zasadniczo miała być wykorzystywana do prowadzenia pociągów z Rozwadowa do terminalu przeładunkowego paliw „ORLEN” w Widełce. Mimo wszystko dosyć często spotkać ją można było na Roztoczu na wahadłach z miałem z Jaszczowa do Połańca, sporadycznie prowadziła ładowne brutta - do Werbkowic, czy jak widać na powyższym zdjęciu wykonanym w dniu 11.11.2008 r. - do Zamościa (miał do Ciepłowni Szopinek - w prezencie na moje urodziny). Charakteryzuje się klasycznym dla lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych malowaniem pudła. Jest też bardzo niezawodna i lubiana nad morzem.

26.02.2009 r. Jedne z ostatnich „klas” do Hrubieszowa, czyli transport wagonów z Lublina do naprawy - ciągnie ostatni „Czerwony Październik”, czyli ST44-1030, który ostatnio trochę nam wyblakł i przybrał barwy różowe. Lokomotywa długie lata stacjonowała w Tarnowskich Górach. W lipcu 2008 r. została oddelegowana do Rozwadowa do obsługi transportów do Widełki i poza pojedyńczymi przypadkami nie była widywana na roztoczańskich żelaznych szlakach. Od 1.01.2009 r. została przekazana na stałe do Bortatycz, gdzie była dosyć intensywnie eksploatowana, choć zdarzały się mniejsze czy większe awarie, jak na przykład 14.07.2009 r. w Biłgoraju, kiedy zdefektowała na ładownym wahadle do Połańca i musieli ją stamtąd ściągać przy pomocy innej lokomotywy. W ostatnim czasie była najbardziej charakterystyczną maszyną, ze względu na kolorowe malowanie, stanowiące pozostałość po byłym firmowym CARGO.

ST44-1074, to warszawska maszyna, która przybyła do Bortatycz jako sprawna w październiku 2005 r. Po raz pierwszy na szlaku ujrzałem ją 31.10.2005 r. Powyższe zdjęcie zrobione zostało w dniu 05.11.2005 r. w Niedzieliskach. Maszyna z pomocą SM48-084 prowadzi wahadło miału do Zamościa dla Ciepłowni Szopinek. W takim klasycznym malowaniu pojeździła do końca 2005 roku i potem została poddana naprawie głównej w jednostce w Bortatyczach. Po naprawie jako pierwsza uzyskała charakterystyczne – zamojskie zielono – żółte malowanie.

Tak prezentowała się świeżo po naprawie w dniu 02.07.2006 r. na stacji w Zamościu z legendarnym „HETMANEM” do Wrocławia.

31.08.2007 r. Na powyższym zdjęciu wykonanym w Zamościu widać różnice w konstrukcji zgarniaczy poszczególnych serii (to ten kawałek wygiętej blachy pod zderzakami). Maszyny 1074,1076 i 1079 mają bardziej ścięty ten element, w porównaniu z pozostałymi egzemplarzami.

07.05.2008 r. Gagarin wjeżdża do Krasnegostawu z pociągiem pośpiesznym „SOLINA” do Zamościa. To chyba jedna z lepszych zamojskich maszyn, praktycznie cały czas była eksploatowana. Z początkiem 2010 r. 1074 został odstawiony w Lublinie i w połowie marca przesłany do naprawy do PESA w Bydgoszczy.

ST44-1076 to warszawska maszyna sprowadzona do Bortatycz w dniu 23.06. 2007 r.

10.07.2008 r. Testy przywróconej do życia w Bortatyczach maszyny odbywały się na przesyłach wagonów pasażerskich z Lublina do Hrubieszowa i z powrotem. W początkowym okresie było z nią trochę kłopotów lecz potem się rozkręciła. O naprawie gagarina swego czasu, tj. w lecie 2008 r. napisałem odrębny artykuł.

19.08.2009 r. Gagarin 1076 z „Połańcem” w sielskiej atmosferze tarzymieskich pagórków. Na popychu: ST44-1074.

ST44-1079 została sprowadzona jako złom do Bortatycz z Białegostoku w dniu 17 grudnia 2005 r. Na powyższym zdjęciu w składzie pociągu towarowego ze Skarżyska Kamiennej na stacji Zamość. Naprawę główną przeprowadzono u nas na miejscu.

04.08.2006 r. Pierwszy dzień eksploatacji po liftingu. Zwracają uwagę pozostawione na czołach listwy ozdobne. Mają je w tej chwili tylko trzy egzemplarze w Polsce.

26.05.2007 r. Do Klemensowa zbliża się wahadło różnych wagonów przejeżdżające przez Roztocze tranzytem. Na wiosnę 2007 r. skierowano przez Zawadę i Biłgoraj część pociągów towarowych szczególnie z Chełma, ale i niektóre z Lublina, które rozkładowo powinny jeździć w kierunku Dęblina. Było to spowodowane zmniejszeniem przepustowności ich pierwotnej trasy w związku z remontami torów. Akurat w tym czasie wystąpiło na Zamojszczyźnie zmniejszenie przewozów masy towarowej, gdyż pociągi z miałem z Jaszczowa do Połańca zaczęły kursować przez Kraśnik. Do końca wakacji na trasie: Rejowiec – Stalowa Wola można było zobaczyć ciekawe składy złożone z: platform, cystern, wagonów krytych, talbotów oraz wahadła węglarek.

30.08.2007 r. 1079 prowadzi do Lublina „klasy” czyli naprawione w hrubieszowskim ZNTK wagony pasażerskie. Trzeba przyznać, ze jest to jeden z najładniejszych gagarinów w Polsce, który dosyć dobrze sprawdzał się w eksploatacji w zamojskich realiach.

ST44-1096 została sprowadzona do Bortatycz ze Skarżyska Kamiennej w marcu 2009 r. jako pojazd niesprawny. Miała być u nas naprawiana na miejscu, lecz likwidacja zakładu pokrzyżowała te plany. 6.01.2010 r. została wysłana na naprawę rewizyjną do Zakładów Naprawczych w Bydgoszczy, z których wróci już do Lublina w niebieskim malowaniu.

1.05.2008 r. Lokomotywa ST44-1110 po przybyciu do Zamościa w składzie pociągu towarowego „lopka”. Poprzednio stacjonowała w Bydgoszczy. Maszyna w chwili przybycia była sprawna i od razu została przemalowana w Bortatyczach gdzie uzyskała na czołach tzw. kowadło oraz żółte trójkąty na bokach. Ma bardzo charakterystyczną głośną syrenę.

22.06.2008 r. zdjęcie wykonane w Niedzieliskach. 1110 jako pierwsza już po liftingu, 2023 ma tylko żółte czoło a 862 jeszcze cała zielona. Pochód zamyka 1079. Żółto zielone malowanie było charakterystyczne tylko dla szopy w Bortatyczach. Docelowo wszystkie maszyny o numerach mniejszych od 1000 oraz 2023 uzyskały żółte czoła oraz żółte trójkąty na obydwu bokach pudeł. Maszynom o numerach powyżej 1000 oprócz bocznych żółtych trójkątów na czołach namalowano coś w stylu kowadła, które było przez co niektórych krytykowane, chociaż mnie nie przeszkadzało bo lubię wszelką oryginalność. Poszczególne egzemplarze różniły się także odcieniem użytej farby zielonej lub żółtej. Powyższe zdjęcie dokumentuje stan przejściowy, kiedy na okres około dwóch miesięcy ta operacja plastyczna została przerwana.

01.09.2008 r. Długi Kąt. Takie widoki, tj. gagar z pojedyńczym lub kilkoma wagonami były normą na pociągach zdawczych z Zamościa do Bełżca. Ruch był niewielki a w sezonie letnim większość walentyn, czyli lokomotyw manewrowych serii SM48 - miała zatrudnienie z pociągami pasażerskimi. Obecnie z/do Długiego Kąta już się nic nie wozi a zdawki do Bełżca jeżdżą rzadko i głównie z lokomotywami serii SM48.

Zdjęcie wykonano w dniu 06.12.2009 r. przed lokomotywownią normalnotorową w Bortatyczach. Ostatnie dni świetności zamojskiej szopy. Na pierwszym planie ST44-1217, która przybyła do nas w dniu 26.01.2009 r. Jest to zmodernizowana przez PESA Bydgoszcz lokomotywa ST44 nr 1111 z nowym czterosuwowym silnikiem . W trakcie jej eksploatacji nie obyło się również bez drobnego wykolejenia w Krasnymstawie, ale skończyło się na naprawie we własnym zakresie w Bortatyczach i maszyna wróciła na szlak.

ST44-1223: W Zamościu od 25.04.2009 r., Jest to zmodernizowana przez PESA Bydgoszcz lokomotywa nr 1091 w charakterystycznym nowym niebieskim malowaniu CARGO. 14.06.2009 r. Gagarin mija były przystanek Płoskie Zamojskie prowadząc pociąg pośpieszny „ROZTOCZE” z Wrocławia. Przypadki zatrudniania tych maszyn w ruchu pasażerskim w 2009 roku można policzyć na palcach jednej ręki. Było to na ogół związane z awariami motorów osobowych serii SU45.

ST44-1500: Oznaczenie fabryczne M63. Klasyczne pudło gagarina ale z wózkami od maszyn znanych w Niemczech jako seria 130/232, charakteryzującymi się bezwidłowym prowadzeniem zestawów kołowych co znacznie korzystniej oddziaływało na tory, w porównaniu z tymi, jakie posiadają lokomotywy M62. Niestety, eksperyment nie został rozwinięty i zakończył się tylko jedynym prototypowym egzemplarzem.
Maszyna posiadała również silniki trakcyjne od lokomotyw mocniejszej serii, pozwalające jej na osiąganie większej prędkości maksymalnej. Do Bortatycz przybyła pod koniec 1999 roku z Łodzi. Niestety nigdy u nas nie jeździła. Lokomotywę przeznaczono na części zamienne.

Jak to widać po numerze, lokomotywa ST44-2023 niegdyś pracowała na torze szerokim, lecz na skutek różnych zawirowań znalazła się w spółce CARGO. Inne ex szerokotorowe iwany, które ostatnio były na torze normalnym - to stacjonujące niegdyś w Szczecinku numery: 2029 i 2041, co ustaliłem na podstawie informacji zawartych na witrynie internetowej: MD – Kolejowa Klatka, zresztą bardzo ciekawej. W dniu 26.08.2006 r. maszyna została sprowadzona z Bydgoszczy. Przyjechała do Zamościa włączona do składu tzw. lopka, czyli nocnego pociągu towarowego ze Skarżyska Kamiennej. W tym samym dniu została odtransportowana do Bortatycz w składzie pociągu zdawczego. W związku z jej pojawieniem się w Zamościu krążyły plotki, ze specjalnie została tutaj sprowadzona, żeby denerwować dyżurnych ruchu na stacjach z obydwiema szerokościami torów, ze to niby szerokotorowy egzemplarz wjechał na tor normalny. Ile w tym prawdy – nie wiem. Mówiło się także, ze Spółka LHS chciała ją odkupić, co ostatecznie okazało się być fałszywym newsem. W chwili przybycia do naszej szopy nie była sprawna technicznie i nie nadawała się do jazdy. W początkowej wersji miała być naprawiona w jednostce w Bortatyczach, lecz potem zmieniono plany. Faktem jest, że 2023 pojechała do naprawy w PESIE razem z szerokotorową 2024, gdyż transportowali je tym samym pociągiem w maju 2007 r., lecz to był tylko zbieg okoliczności.

Z naprawy rewizyjnej powróciła w dniu 1.12.2007 r. i uzyskała wtedy charakterystyczne dla CARGO zielone malowanie całego pudła. Podczas konwoju lokomotywy z Zamościa do Bortatycz w Zawadzie zrobił się mały tłok. Z prawej strony : 2023 razem z SM48-086, która też wtedy przybyły z naprawy rewizyjnej w Bydgoszczy oraz SM48-127, która ściągała obydwie do Bortatycz. Po środku: ST44-862 i 360, które czekają na zatrudnienie a po torze 1 wjeżdża pociąg towarowy z Jaszczowa do Połańca prowadzony ST44-1079, a na popychu przez ST44-758. Lokomotywy te się odczepią i zjadą do szopy razem z 2023 i walentynami. Ich miejsce na wahadle zajmą: 862 i 360.

10.05.2008 r. Stacja Zawada: zielone gagariny nr 2023 z pociągiem ze Szczebrzeszyna do Zamościa oraz 313 oczekujący na zabranie do lokomotywowni. Takie malowanie moim zdaniem bardzo pasowało do tych dostojnych maszyn.

28.06.2008 r. Przez Niedzieliska przejeżdża czołg złożony z maszyn: 2023, 358 oraz 910. Gagarin 2023 ma czoło pomalowane na żółto, ale nic poza tym. Motor do końca lipca 2008 r. jeździł w takim właśnie malowaniu, które potem zostało ujednolicone. Zwraca uwagę lokomotywa nr 358 w zielonym malowaniu, która świeżo wróciła z naprawy rewizyjnej, ale zaczęła u nas praktycznie jeździć ozdobiona żółtym czołem i z trójkątami na bokach.

16.05.2009 r. Stację Zawada opuszcza ST44-2023 z pociągiem pośpiesznym „SOLINA” z Warszawy Zach. do Bełżca. Gagarin w zastępstwie za zdefektowaną SM48-074, która pozostała w Zawadzie. 2023 już w klasycznych barwach zamojskich. Trzeba przyznać, że maszyna zadomowiła się u nas na dobre i jakoś tak się do niej przyzwyczaiłem, jakby stacjonowała tutaj od początku.

23.03.2009 r. Ładowny Połaniec z 2023 na czele zbliża się do Zawady. Na popychu pracuje 862. Przez długie lata był to widok charakterystyczny dla roztoczańskich szlaków, czyli ciężkie wahadło i dwa okazałe motory na końcach. Takie rozmieszczenie wynikało ze złego stanu wiaduktu w Wólce Orłowskiej, na którym wprowadzono już 6 lat temu zakaz trakcji podwójnej. Ponadto eliminowało manewry w Rejowcu, gdzie lokomotywy musiały by wykonywać oblot składu, żeby zmienić kierunek . Ułatwiało to też jazdę na linii z Rejowca do Zawady, która momentami ma charakter iście górski. Od 19 kwietnia 2010 r. zaczął się remont wiaduktu, jak i samej trasy i szlak jest zamknięty, a Połaniec wrócił na obieg przez Lublin, Kraśnik. Jak z nim będzie po zakończeniu remontu – zobaczymy! Ostatnio zaczęły pojawiać się plotki, że pociąg ten co prawda powróci na nasze rodzime żelazne szlaki, ale już nie pod banderą CARGO, lecz obsługiwany przez lokomotywy należące do Kopalni Węgla w Bogdance. Być może będą to nawet egzotyczne maszyny serii CLASS 66!
Z dniem 01.01.2010 r. wszystkie stacjonujące w Zamościu Bortatyczach lokomotywy serii ST44 zostały przekazane do lokomotywowni w Lublinie. Mimo wszystko do niedawna można je jeszcze było zobaczyć na ciężkich wahadłach kursujących przez Roztocze. W Lublinie nie mają jednak chyba takiej dobrej opieki jak u nas. Na pierwszy rzut oka jest to już widoczne, bo zrobiły się niechlujne, zaczęły więcej pić i nawet palić! To skandal, żeby tak rozpuszczać zabytki!

Dodał: Ty51-17
Zdjęcia: Ty51-17, kasacja ST44 w Werbkowicach - Bartosz Sojda

06-03-2010 Pociąg nadzwyczajny z Magnitogorska

Telegram służbowy (...) z lubelskiej dyrekcji nr 831 dnia 90.11.29.

Dla powrotu polskich pracowników z ZSRR będą kursowały po torze szerokim LHS pociągi nadzwyczajne jak następuje:
1) w dniach: 5,12 i 19 grudnia 1990 r. pociąg nr 481/55701 relacji: Magnitogorsk – Sławków Płd. wg rozkładu jazdy: Hrubieszów 8.00/9.44 zeszyt 248 str. 8 – 9, Zamość Płn. 11.01/11.11, Puszcza 13.11/13.27, Drozdów 13.49, Wola Baranowska 14.07/14.12, Staszów Płd. 14.53, Grzybów 15.04, Raczyce 15.22, Gołuchów 15.43, Łączyn 16.10, Sedziszów Płn. 16.31, Sędziszów 16.36/16.41, Kępie 17.03, Zarzecze 17.34, Jaroszowiec Olkuski 17.41, Olkusz 17.50/18.10 (wysiadanie podróżnych), Bukowno 18.23, Sławków Płd. 18.31.
2) w dniach: 5/6, 12/13, 19/20 grudnia 1990 r. pociąg nr 55902 relacji: Sławków Płd. – Moskwa (zwrot próżnego składu) wg rozkładu jazdy: Sławków Płd. 21.46, w trasie poc. nr 55702/482 zeszyt 248 str. 10 – 11, Sędziszów 23.35/ 23.40, Wola Baranowska 2.17/2.22, Zamość Płn. 5.02/5.07, Hrubieszów 6.25/8.00, Łudin 10.10/10.15 (cm).
Szybkość największa dozwolona, wymagany procent ciężaru hamowania - jak dla trasy, zeszyt 248. Skład pociągu w zestawieniu: 1 wagon bagażowy, 1 wagon restauracyjny (do Izowa), 10 WLB (348 miejsc). Ostrzeżenia drogowe stałe zgodne z dod. cz. / rzym/7 do s.r.j. dla LHS. Obsługa trakcyjna zgodnie z turnusem lok. MD Zamość Bortatycze na całej trasie. Drużyna z MD Zamość Bortatycze na odcinku Hrubieszów – Sędziszów – Hrubieszów, drużyna MD Sędziszów na odcinku Sędziszów – Sławków Płd. – Sędziszów. Obsługa konduktorska poc. nr 55701 RS Zamość w składzie: 1/0/0. Pociąg nr 55902 - bez obsady.
Odprawa podróżnych wg paragrafu 16 empt. Opłata za przesłanie próżnego składu z Moskwy do Magnitogorska i ze Sławkowa do Moskwy wynosi: 48.000 rubli, które należy przesłać na Specssadnije Stcet Nr 43111005 Centra Sowjeldorrastcet MPS WO Wnechekonombanke SSSR – Moskwa.
Zainteresowanych powiadomić, dopilnować wykonania.

Dodał: Ty51-17

Dalej »
Całe archiwum »

Copyright 2008 Projekt LubelskaKolej.net. All rights reserved.
Kolejowa Toplista